Między młotem a kowadłem: Oporna opowieść o rodzinie rozdzieranej przez testament
– Nie wierzę, że ona to zrobiła! – głos mojego męża, Marka, odbijał się echem od ścian naszego niewielkiego mieszkania na warszawskim Mokotowie. Siedziałam przy kuchennym stole, dłonie miałam zaciśnięte na kubku zimnej już herbaty. W powietrzu wisiała cisza, którą co chwilę rozdzierały jego nerwowe kroki.
– Przecież wiesz, że mama zawsze faworyzowała Kasię – powiedziałam cicho, patrząc na niego spod rzęs. Bałam się, że każde moje słowo może być jak iskra w beczce prochu.
Marek zatrzymał się i spojrzał na mnie z wyrzutem. – Ale żeby cały dom przepisać tylko jej? A my? Przecież przez tyle lat opiekowaliśmy się mamą, jeździliśmy do niej co weekend, a Kasia pojawiała się tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebowała!
Wiedziałam, że ma rację. Przez ostatnie lata to my byliśmy przy teściowej – ja gotowałam jej obiady, Marek naprawiał cieknący kran, a nasza córka Zosia rozświetlała jej samotne dni. Kasia mieszkała w Gdańsku i wpadała do matki raz na kilka miesięcy, zawsze z prezentami i szerokim uśmiechem. Ale to ona dostała dom pod Warszawą – miejsce, które miało być naszym azylem po latach wynajmowania ciasnych mieszkań.
Telefon zadzwonił gwałtownie. Spojrzałam na wyświetlacz – Kasia. Przez chwilę miałam ochotę nie odbierać, ale Marek skinął głową.
– Halo? – mój głos był suchy jak papier.
– Cześć, Aniu. Chciałam porozmawiać o domu. Wiem, że jesteście rozczarowani…
– Rozczarowani? – przerwałam jej, czując jak narasta we mnie gniew. – To za mało powiedziane.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Mama miała swoje powody – powiedziała w końcu Kasia. – Ale chcę być fair. Możemy się jakoś dogadać…
Rozłączyłam się bez słowa. Nie chciałam słuchać kolejnych obietnic bez pokrycia.
Wieczorem Marek siedział na kanapie, wpatrzony w pusty ekran telewizora. – Może powinniśmy walczyć o ten dom? – zapytał cicho. – Przecież to niesprawiedliwe.
Poczułam, jak ściska mnie w gardle. Wiedziałam, że jeśli zaczniemy walczyć z Kasią, wszystko się zmieni. Rodzina już nigdy nie będzie taka sama.
Następnego dnia pojechaliśmy do notariusza. Kasia czekała już na miejscu, ubrana w elegancki płaszcz i z perfekcyjnie ułożonymi włosami. Jej twarz była spokojna, ale oczy zdradzały napięcie.
– Chciałabym wam coś zaproponować – zaczęła bez zbędnych uprzejmości. – Mogę sprzedać dom i podzielić się pieniędzmi. Albo możecie go odkupić ode mnie za połowę wartości.
Marek spojrzał na mnie pytająco. Wiedziałam, że nie mamy takich pieniędzy. Nasze oszczędności ledwo wystarczały na wkład własny do kredytu mieszkaniowego.
– To niemożliwe – powiedziałam cicho.
Kasia wzruszyła ramionami. – Więcej nie mogę zrobić.
Wróciliśmy do domu w milczeniu. Marek był blady i przygaszony. Zosia patrzyła na nas szeroko otwartymi oczami.
– Mamo, dlaczego jesteście smutni? – zapytała wieczorem, gdy kładłam ją spać.
Przytuliłam ją mocno. – Czasem dorośli mają trudne sprawy do rozwiązania, kochanie.
Przez kolejne tygodnie atmosfera w domu była napięta jak struna. Marek coraz częściej zamykał się w sobie, unikał rozmów i wychodził z domu pod pretekstem pracy. Ja próbowałam trzymać wszystko w ryzach – gotowałam obiady, odrabiałam z Zosią lekcje, ale czułam się jak cień samej siebie.
Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę Marka z jego ojcem przez telefon:
– Tato, nie wiem co robić… Czuję się zdradzony przez własną matkę…
Po policzku spłynęła mi łza. Wiedziałam, że ta sytuacja nas przerasta.
W końcu postanowiłam spotkać się z Kasią sama. Umówiłyśmy się w kawiarni na Powiślu.
– Wiesz, że mama zawsze ci zazdrościła – zaczęła Kasia niespodziewanie. – Twojej rodziny, tego jak dbasz o Marka i Zosię… Może dlatego chciała mi coś zostawić na pocieszenie?
Spojrzałam na nią zdziwiona. – Myślisz, że to była kara dla nas?
Kasia pokręciła głową. – Nie wiem… Może po prostu chciała mi wynagrodzić samotność.
Wróciłam do domu z mętlikiem w głowie. Czy naprawdę mogłam mieć wpływ na decyzję teściowej? Czy powinnam walczyć o sprawiedliwość za wszelką cenę?
Wieczorem usiedliśmy z Markiem przy kuchennym stole.
– Nie chcę już walczyć – powiedziałam cicho. – Straciliśmy już wystarczająco dużo…
Marek spojrzał na mnie długo i ciężko westchnął.
– Może masz rację… Ale boli mnie to wszystko.
Przytuliłam go mocno. Wiedziałam, że czasem trzeba odpuścić, żeby nie stracić siebie nawzajem.
Minęły miesiące. Kasia sprzedała dom i przelała nam część pieniędzy – mniej niż połowę wartości nieruchomości, ale wystarczająco dużo, byśmy mogli wpłacić większy wkład własny na nowe mieszkanie. Relacje w rodzinie pozostały chłodne, ale przynajmniej nie było już otwartej wojny.
Czasem zastanawiam się, czy mogliśmy postąpić inaczej. Czy warto było walczyć o dom za cenę rodziny? Czy testament naprawdę powinien dzielić ludzi bardziej niż śmierć bliskiej osoby?
Może najważniejsze pytanie brzmi: czy można wybaczyć niesprawiedliwość i zacząć od nowa? Co wy byście zrobili na moim miejscu?