Miłość na mapie: Historia, której nie planowałam
— Przepraszam, czy to miejsce jest wolne? — usłyszałam głos tuż obok siebie.
Podniosłam wzrok znad kubka po herbacie, który ktoś zostawił na moim stoliku. Przede mną stał mężczyzna z siwą brodą, w okularach, z mapą Europy pod pachą. Miał ciepłe, brązowe oczy i uśmiech, który wydawał się szczery, choć lekko nieśmiały.
— Tak, proszę — odpowiedziałam, starając się nie zdradzić zaskoczenia. W klubie podróżniczym przy ulicy Piotrkowskiej bywałam od niedawna i zawsze siadałam z boku, żeby nikt mnie nie zaczepiał. Przyszłam tylko posłuchać prelekcji o Islandii, a potem po cichu wyjść. W tłumie młodszych ludzi czułam się jak intruz.
Mężczyzna usiadł i rozłożył mapę na stoliku. Przez chwilę milczał, jakby szukał odpowiednich słów.
— Gdyby mogła pani pojechać gdziekolwiek, dokąd by pani pojechała? — zapytał nagle.
Zaskoczył mnie. Przez moment nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Dawno nikt nie pytał mnie o marzenia.
— Chyba do Toskanii — powiedziałam cicho. — Zawsze chciałam zobaczyć te wzgórza i cyprysy.
Uśmiechnął się szerzej.
— Ja też! — odparł z entuzjazmem. — Mam na imię Andrzej.
— Maria — przedstawiłam się.
Tak zaczęła się ta historia. Niepozornie, przy kubku po herbacie i mapie Europy. Miałam 62 lata i byłam przekonana, że już nic wielkiego mnie nie spotka. Że życie toczy się swoim utartym torem: samotne śniadania, spacery po parku, rozmowy z córką przez telefon raz w tygodniu. Po śmierci męża minęło już osiem lat, a ja nauczyłam się żyć sama. Może nie szczęśliwie, ale spokojnie.
Andrzej był inny niż wszyscy mężczyźni, których znałam. Nie próbował mnie oczarować ani imponować opowieściami o swoich podróżach. Słuchał uważnie, zadawał pytania, śmiał się z moich żartów. Po prelekcji zaproponował kawę w pobliskiej kawiarni. Zgodziłam się, choć sama siebie zaskoczyłam tą decyzją.
— Wie pani, ja też długo byłem sam — powiedział, mieszając cukier w filiżance. — Moja żona zmarła pięć lat temu. Dzieci mieszkają za granicą. Czasem czuję się tu obco.
Poczułam ukłucie współczucia i… coś jeszcze. Jakbyśmy byli dwojgiem rozbitków na tej samej tratwie.
Zaczęliśmy spotykać się regularnie. Najpierw na prelekcjach w klubie podróżniczym, potem na spacerach po Łodzi, w muzeach i kawiarniach. Andrzej był czuły, troskliwy, miał poczucie humoru i dystans do siebie. Opowiadał mi o swoich podróżach do Gruzji i Armenii, pokazywał zdjęcia z dzieciństwa swoich wnuków.
Po raz pierwszy od lat czułam się ważna dla kogoś innego niż własna córka. Ale właśnie wtedy zaczęły się problemy.
— Mamo, czy ty naprawdę myślisz, że to dobry pomysł? — zapytała Agata przez telefon, gdy opowiedziałam jej o Andrzeju.
— Co masz na myśli? — zapytałam ostrożnie.
— No… On jest obcy! Nie znasz go! A jeśli chce cię wykorzystać? Wiesz przecież, ile jest oszustów…
Zabolało mnie to. Agata zawsze była rozsądna i opiekuńcza, ale teraz czułam się jak dziecko pod nadzorem.
— Agato, jestem dorosła — powiedziałam spokojnie. — Wiem, co robię.
— Mamo… Tato nie żyje nawet dziesięć lat! — wybuchła nagle. — Ty naprawdę chcesz zaczynać wszystko od nowa?
Nie odpowiedziałam. Po rozmowie długo płakałam w poduszkę. Czułam się rozdarta między lojalnością wobec córki a własnym pragnieniem szczęścia.
Andrzej zauważył zmianę w moim zachowaniu.
— Coś się stało? — zapytał podczas spaceru po parku Źródliska.
Opowiedziałam mu wszystko. O śmierci męża, o samotności, o lękach Agaty.
— Maria… — powiedział cicho i ujął moją dłoń. — Ja też boję się czasem tego wszystkiego. Ale może warto spróbować?
Przytuliłam się do niego i poczułam ulgę.
Niestety, to był dopiero początek trudności. Agata przestała odbierać moje telefony. Wnuczka Ola napisała mi SMS-a: „Babciu, mama jest zła na ciebie”.
Czułam się winna i zagubiona. Czy naprawdę miałam prawo być szczęśliwa? Czy powinnam poświęcić własne uczucia dla spokoju córki?
Andrzej był cierpliwy. Pisał mi listy — prawdziwe listy na papierze! — w których opowiadał o swoim dzieciństwie w Zgierzu, o pierwszej pracy w fabryce włókienniczej, o tym, jak nauczył się gotować barszcz czerwony według przepisu babci Zosi.
Te listy były dla mnie jak balsam na duszę. Czytałam je wieczorami przy lampce wina i płakałam ze wzruszenia.
Pewnego dnia Andrzej zaproponował wspólny wyjazd do Toskanii.
— To twoje marzenie — powiedział z uśmiechem. — Chciałbym je spełnić razem z tobą.
Bałam się powiedzieć „tak”. Bałam się reakcji Agaty, bałam się zmiany, bałam się… szczęścia?
Ale zgodziłam się.
Wyjazd był magiczny. Wzgórza Toskanii wyglądały dokładnie tak jak na zdjęciach: złote pola pszenicy, cyprysy rysujące się na tle błękitnego nieba, stare kamienne domy pachnące winem i lawendą. Spacerowaliśmy po Sienie i Florencji trzymając się za ręce jak nastolatkowie.
Wieczorami rozmawialiśmy godzinami o życiu i śmierci, o stracie i nadziei. Andrzej opowiadał o swojej żonie Hani ze łzami w oczach; ja wspominałam mojego Jana i nasze wspólne lata w małym mieszkaniu na Retkini.
Wróciliśmy do Polski odmienieni. Ja — odważniejsza; Andrzej — pogodniejszy.
Ale Agata nie chciała mnie widzieć. Przysłała mi tylko krótkiego maila:
„Mamo,
Nie rozumiem cię już zupełnie. Potrzebuję czasu.”
Minęły tygodnie ciszy. Bolało mnie to bardziej niż samotność po śmierci Jana.
W końcu Ola zadzwoniła do mnie sama:
— Babciu… Mama płacze cały czas. Boisz się jej?
— Nie boję się jej, kochanie — odpowiedziałam drżącym głosem. — Boję się ją stracić.
— A Andrzeja kochasz?
Zamilkłam na chwilę.
— Tak… Chyba tak — wyszeptałam pierwszy raz głośno te słowa.
Ola milczała przez chwilę.
— To może powinnaś jej to powiedzieć?
Zebrałam się na odwagę i napisałam do Agaty list:
„Córko,
Wiem, że trudno ci zaakceptować moje wybory. Ale jestem już stara i nie chcę umierać samotna ani nieszczęśliwa. Andrzej nie zastąpi twojego taty ani nie odbierze ci matki. Proszę cię tylko o jedno: spróbuj mnie zrozumieć.”
Po kilku dniach zadzwoniła:
— Mamo… Przepraszam cię za wszystko. Po prostu boję się cię stracić… Boję się, że ktoś cię skrzywdzi albo zabierze ode mnie…
Płakałyśmy razem przez telefon długo.
— Chcę poznać Andrzeja — powiedziała w końcu cicho.
Spotkanie było niezręczne na początku; Agata patrzyła na Andrzeja podejrzliwie, on był spięty jak nigdy wcześniej. Ale Ola rozładowała atmosferę żartem o włoskiej pizzy i powoli lody zaczęły topnieć.
Po kolacji Agata przytuliła mnie mocno:
— Jeśli jesteś szczęśliwa… to ja też będę próbować być szczęśliwa dla ciebie.
Dziś mam 63 lata i wiem jedno: nigdy nie jest za późno na miłość ani na odwagę by zawalczyć o siebie.
Czy naprawdę musimy rezygnować z własnego szczęścia dla innych? Czy można pogodzić miłość do dziecka z miłością do siebie?
Ciekawa jestem waszych historii…