Mój ojciec błaga mnie, żebym wybaczył wujkowi, który mnie skrzywdził. Czy naprawdę rodzina jest ponad wszystko?
— Michał, proszę cię, on nie ma nikogo poza nami — głos ojca drżał, a jego dłonie nerwowo ściskały kubek z herbatą. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole, a ja czułem, jak wzbiera we mnie fala gniewu i bezsilności.
— Tato, nie każ mi tego robić. Nie po tym wszystkim — odpowiedziałem cicho, ale stanowczo. W mojej głowie natychmiast pojawiły się obrazy sprzed lat: ciemny korytarz w mieszkaniu babci, krzyk wujka Andrzeja, jego ręka zaciskająca się na moim ramieniu, a potem ten strach, który przez lata nie pozwalał mi spać spokojnie.
Ojciec spuścił wzrok. — Wiem, co ci zrobił. Wiem, jak nas traktował. Ale on jest chory, Michał. Potrzebuje pomocy. Jeśli my mu nie pomożemy, nikt tego nie zrobi.
Zacisnąłem pięści pod stołem. W głowie miałem tysiące myśli: czy naprawdę rodzina jest ponad wszystko? Czy muszę poświęcić siebie i swoje poczucie bezpieczeństwa dla kogoś, kto przez lata był dla nas źródłem cierpienia?
Wujek Andrzej był bratem mojego ojca. Kiedy byłem dzieckiem, często przychodził do nas — zawsze z butelką wódki, zawsze z pretensjami do całego świata. Najpierw krzyczał na ojca, potem na mnie. Pamiętam, jak raz rzucił talerzem o ścianę, bo obiad był za zimny. Innym razem wyzwał mnie od „bezużytecznych gówniarzy”, bo nie chciałem iść po papierosy do kiosku.
Mama próbowała mnie chronić, ale sama była przerażona. Po jednej z takich awantur spakowała mnie i siebie do samochodu i pojechaliśmy do babci na wieś. Ojciec został — mówił, że musi „załatwić sprawy z bratem”. Przez kilka dni nie odbierał telefonu. Kiedy wrócił, miał podbite oko i rozciętą wargę.
— To już się nie powtórzy — obiecywał wtedy. Ale powtarzało się jeszcze wiele razy.
Kiedy dorosłem, odciąłem się od wujka całkowicie. Przestałem odbierać telefony, nie pojawiałem się na rodzinnych spotkaniach. Nawet na pogrzebie babci stałem z boku, żeby tylko nie musieć z nim rozmawiać. Wiedziałem, że ojciec czasem się z nim kontaktuje — z litości albo z poczucia obowiązku. Ja nie potrafiłem.
Rok temu wszystko się zmieniło. Wujek trafił do szpitala — marskość wątroby, powikłania po latach picia. Lekarze powiedzieli, że jeśli nie zmieni stylu życia i nie zacznie leczenia, nie przeżyje kolejnych miesięcy. Ojciec zaczął go odwiedzać, wozić na badania, załatwiać leki.
— On naprawdę się zmienił — przekonywał mnie ojciec. — Przeprosił mnie za wszystko. Pytał o ciebie.
— A przeprosił mnie? — zapytałem wtedy gorzko.
Ojciec milczał przez chwilę. — Nie umie o tym mówić. Ale wiem, że żałuje.
Nie wierzyłem mu. W mojej głowie wciąż słyszałem tamte wyzwiska i widziałem strach w oczach mamy. Czułem się zdradzony przez własnego ojca — jakby jego potrzeba pojednania była ważniejsza niż moje rany.
Kilka dni temu ojciec zadzwonił do mnie późnym wieczorem.
— Michał… On nie daje już rady sam chodzić po zakupy. Potrzebuje kogoś do pomocy. Ja mam dyżury w szpitalu…
— Tato, proszę cię…
— Synu, ja wiem, co czujesz. Ale jeśli mu nie pomożemy…
Przerwałem mu.
— A kto mi pomógł wtedy? Kto mnie ochronił przed nim? — głos mi się załamał.
Zapadła cisza.
— Przepraszam cię za to wszystko — powiedział cicho ojciec. — Ale on jest moim bratem…
Rozłączyłem się bez słowa.
Od tamtej pory nie mogę spać spokojnie. W pracy jestem rozkojarzony, w domu chodzę jak cień. Z jednej strony czuję gniew na ojca — że oczekuje ode mnie rzeczy niemożliwej. Z drugiej strony mam wyrzuty sumienia: czy naprawdę jestem aż tak bezlitosny? Czy to ja jestem teraz tym złym?
Wczoraj spotkałem sąsiadkę z dzieciństwa, panią Halinę.
— Michałku, słyszałam o Andrzeju… Twój tata taki zmęczony ostatnio…
Uśmiechnąłem się blado.
— Tak, dużo ma na głowie.
— A ty? Pomagasz mu?
Nie odpowiedziałem.
Wieczorem długo patrzyłem w lustro. Widziałem dorosłego faceta z siwymi włosami na skroniach i oczami pełnymi bólu sprzed lat. Wiedziałem jedno: nie potrafię wybaczyć komuś tylko dlatego, że jest rodziną. Nie potrafię zapomnieć tego strachu i upokorzenia.
Dziś rano ojciec znów zadzwonił.
— Michał… On pytał o ciebie. Chciałby cię zobaczyć.
Zamknąłem oczy i poczułem łzy pod powiekami.
— Nie mogę, tato… Po prostu nie mogę.
Odkąd pamiętam, wszyscy powtarzali mi: „Rodzina jest najważniejsza”. Ale czy naprawdę? Czy mam prawo postawić własne granice nawet wobec najbliższych? Czy wybaczenie to obowiązek czy wybór?
Czasem myślę: może kiedyś będę żałował tej decyzji… Ale dziś wiem jedno — nie jestem gotów wyciągnąć ręki do człowieka, który przez lata był moim koszmarem.
A wy? Czy naprawdę rodzina powinna być ponad wszystko? Czy każdy zasługuje na drugą szansę?