Mój syn miał drugie życie, o którym nie miałam pojęcia – prawda wyszła na jaw dopiero w szpitalu

– Pani Anna? – głos pielęgniarki był cichy, ale stanowczy. – Proszę wejść, syn czeka.

Serce waliło mi jak oszalałe. Przez ostatnie dwa dni żyłam na granicy jawy i koszmaru – telefon ze szpitala, informacja o wypadku, potem ta niekończąca się cisza w poczekalni. Michał, mój jedyny syn, leżał za drzwiami. Ostatni raz rozmawialiśmy miesiąc temu. Krótko. Znowu był zajęty.

Weszłam do sali. Michał leżał blady, z zamkniętymi oczami. Obok łóżka siedziała młoda kobieta, trzymając go za rękę. Spojrzała na mnie z niepokojem.

– Dzień dobry – powiedziałam niepewnie.

– Dzień dobry… Jestem Kasia – odpowiedziała cicho. – Michał… Michał zaraz się obudzi.

Patrzyłam na nią i czułam, jak narasta we mnie dziwne uczucie – zazdrość? Strach? Przecież to ja jestem jego matką. Dlaczego to ona tu siedzi, a nie ja?

Michał otworzył oczy. Przez chwilę patrzył na Kasię, potem na mnie. W jego spojrzeniu było coś obcego.

– Mamo…

Usiadłam przy łóżku. Chciałam go dotknąć, ale zawahałam się.

– Michałku… Jak się czujesz?

– Dobrze… To znaczy… Mogło być gorzej – uśmiechnął się słabo. – Kasia była ze mną cały czas.

Kasia ścisnęła jego dłoń mocniej. Poczułam ukłucie w sercu.

– Dziękuję ci, Kasiu – powiedziałam sztywno.

Przez kolejne godziny siedziałam przy łóżku syna, słuchając ich rozmów. Rozmawiali o rzeczach, o których nie miałam pojęcia: o wspólnych wyjazdach, znajomych z fundacji, o jakimś projekcie muzycznym. Michał śmiał się z żartów Kasi, a ja czułam się coraz bardziej obca.

Wieczorem przyszła jeszcze jedna osoba – starszy mężczyzna z siwą brodą.

– Cześć, Michał! – zawołał radośnie. – Jak się trzymasz?

– Lepiej, dzięki, panie Zbyszku.

Zbigniew usiadł na krześle obok Kasi i zaczęli rozmawiać o jakimś koncercie charytatywnym. Siedziałam w milczeniu, czując się jak intruz we własnym życiu syna.

Wyszłam na korytarz i zadzwoniłam do mojej siostry.

– Basia… Ja chyba nie znam własnego dziecka…

– Co ty mówisz? Przecież zawsze byliście blisko!

– Byliśmy… kiedyś. Teraz mam wrażenie, że jestem dla niego nikim…

Następnego dnia przyszła do mnie Kasia.

– Pani Anno… Chciałabym pani coś pokazać.

Zabrała mnie do szpitalnej kawiarni i wyciągnęła telefon. Pokazała mi zdjęcia: Michał na scenie z gitarą, Michał z grupą młodych ludzi na wycieczce rowerowej, Michał w koszulce z logo fundacji „Razem dla innych”.

– Michał od dwóch lat działa z nami w fundacji. Pomaga dzieciom po wypadkach… Organizuje koncerty charytatywne…

Patrzyłam na zdjęcia i nie mogłam uwierzyć. Mój syn – ten zamknięty w sobie chłopak, który zawsze unikał rozmów o uczuciach, który nigdy nie chciał wychodzić z domu…

– Dlaczego mi o tym nie powiedział?

Kasia spuściła wzrok.

– Myślę, że chciał panią chronić… Bał się pani rozczarować.

Wróciłam do sali i usiadłam przy łóżku Michała.

– Synku… Dlaczego nigdy mi nie powiedziałeś?

Spojrzał na mnie długo.

– Mamo… Ty zawsze miałaś dla mnie plan. Studia, praca w banku… Ja próbowałem być taki, jak chciałaś. Ale to nie byłem ja. Bałem się cię zawieść.

Zrobiło mi się zimno. Przypomniałam sobie wszystkie te lata: jak naciskałam na dobre oceny, jak krytykowałam jego muzyczne pasje, jak mówiłam „to nie jest prawdziwa praca”.

– Przepraszam… – wyszeptałam.

Michał uśmiechnął się smutno.

– Nie musisz przepraszać. Po prostu chciałem żyć po swojemu.

Przez kolejne dni poznawałam ludzi z drugiego życia mojego syna: wolontariuszy z fundacji, dzieciaki, którym pomagał, nauczyciela muzyki. Każdy opowiadał mi historie o Michału – o jego dobroci, poczuciu humoru, sile charakteru. Siedziałam wieczorami przy jego łóżku i słuchałam tych opowieści ze łzami w oczach.

Pewnego dnia przyszła do mnie Kasia i powiedziała:

– Pani Anno… Michał bardzo panią kocha. Ale musi pani pozwolić mu być sobą.

Wróciłam do domu i długo patrzyłam na stare zdjęcia: mały Michał z gitarą, nastoletni Michał na rowerze… Kiedy przestałam go widzieć takim, jakim był naprawdę? Kiedy zaczęłam widzieć tylko swoje oczekiwania?

Po wyjściu ze szpitala Michał zaprosił mnie na koncert charytatywny. Siedziałam w pierwszym rzędzie i patrzyłam na niego ze wzruszeniem. Grał z pasją, śmiał się do ludzi… Był szczęśliwy.

Po koncercie podszedł do mnie i zapytał:

– Mamo… Jesteś dumna?

Objęłam go mocno i odpowiedziałam:

– Bardziej niż kiedykolwiek.

Dziś wiem jedno: można mieszkać pod jednym dachem przez lata i nie znać najważniejszych rzeczy o własnym dziecku. Czy naprawdę kochamy bliskich takimi, jakimi są – czy tylko takimi, jakimi chcielibyśmy ich widzieć? Czy potrafimy odpuścić kontrolę i pozwolić im być sobą? Może właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa miłość.