Moja matka umiera, a ja nie czuję nic – polska rodzinna tajemnica, o której nikt nie chce mówić

– „Nie płacz, Anka. To nie wypada przy ludziach.”

Słowa mojej matki dźwięczały mi w głowie, kiedy siedziałam na plastikowym krześle w szpitalnej poczekalni. Lekarz właśnie wyszedł z jej sali i spojrzał na mnie z tym swoim współczującym uśmiechem, który miałam ochotę roztrzaskać o ścianę. „Stan jest krytyczny. Proszę się przygotować na najgorsze.”

Nie płakałam. Nie czułam nic. Tylko pustkę i coś na kształt ulgi, której wstydziłam się bardziej niż wszystkiego innego.

Wiedziałam, że to się kiedyś stanie. Moja matka, Barbara, była kobietą twardą jak stal. W naszym bloku na Pradze wszyscy ją znali – zawsze wyprostowana, z ostrym spojrzeniem i wiecznie zaciśniętymi ustami. Ojca nie pamiętam – odszedł, zanim skończyłam pięć lat. Zostałyśmy same: ona i ja.

– „Znowu dostałaś tróję z matematyki? Co z ciebie wyrośnie?”

Te słowa słyszałam niemal codziennie. Czasem były tylko słowami, czasem zamieniały się w krzyk, a czasem w coś gorszego – w ciszę, która bolała bardziej niż jakikolwiek klaps.

Pamiętam jedną zimę. Miałam wtedy dziewięć lat. Wróciłam do domu z podartymi rajstopami – przewróciłam się na lodzie. Matka spojrzała na mnie z pogardą.

– „Tylko wstyd przynosisz. Nie potrafisz nawet chodzić jak człowiek.”

Wtedy po raz pierwszy poczułam, że jestem sama. Że nie mam do kogo się przytulić, komu się wyżalić. W szkole byłam tą cichą dziewczynką z wiecznie spuszczoną głową. Nauczycielki pytały czasem: „Wszystko w porządku w domu?” – ale nigdy nie miałam odwagi odpowiedzieć prawdę.

Z biegiem lat nauczyłam się nie oczekiwać niczego dobrego od matki. Kiedy dostałam się do liceum, powiedziała tylko:

– „Nie myśl sobie, że jesteś lepsza ode mnie.”

A potem przyszły studia – polonistyka na UW. Pracowałam po nocach w sklepie spożywczym, żeby mieć na czynsz w wynajmowanym pokoju. Matka nigdy nie zapytała, czy sobie radzę. Dzwoniła tylko wtedy, gdy czegoś potrzebowała: „Przyjedź, napraw pralkę”, „Zrób zakupy”, „Zawieź mnie do lekarza”.

Kiedy poznałam Pawła, mojego przyszłego męża, przez chwilę myślałam, że może teraz wszystko się zmieni. Że matka zobaczy we mnie dorosłą kobietę. Ale ona tylko patrzyła na niego z góry:

– „Taki chudy, pewnie nawet gwoździa nie potrafi wbić.”

Śmialiśmy się z Pawłem z jej uwag, ale we mnie zostawał ślad – jak zadra pod paznokciem.

Po ślubie widywałyśmy się coraz rzadziej. Paweł mówił:

– „Może powinnaś spróbować z nią porozmawiać? Może ona po prostu nie umie inaczej?”

Ale ja już nie chciałam próbować. Każda rozmowa kończyła się kłótnią albo milczeniem.

Kiedy urodziła się nasza córka, Zosia, matka przyszła raz – popatrzyła na wnuczkę i powiedziała:

– „Tylko nie rozpuść jej tak jak siebie.”

Wtedy postanowiłam odciąć się na dobre. Przestałam odbierać telefony, nie odwiedzałam jej. Przez kilka lat żyłam tak, jakby jej nie było.

Aż zadzwonił telefon ze szpitala.

– „Pani matka jest w ciężkim stanie. Prosimy przyjechać.”

Paweł patrzył na mnie pytająco:

– „Jedziesz?”

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Zosia miała wtedy siedem lat i zapytała:

– „Mamo, dlaczego babcia cię nie lubi?”

Nie umiałam jej odpowiedzieć.

W szpitalu matka leżała podłączona do aparatury. Wyglądała inaczej – mniejsza, słabsza, bezbronna. Ale we mnie nie było współczucia. Było tylko zmęczenie.

Przysiadłam przy jej łóżku. Otworzyła oczy i spojrzała na mnie tym samym chłodnym wzrokiem co zawsze.

– „Po co przyszłaś?”

Nie wiedziałam, co powiedzieć.

– „Chciałam… chciałam się pożegnać.”

Parsknęła śmiechem.

– „Nie udawaj sentymentalnej. Nigdy cię to nie obchodziło.”

Chciałam krzyknąć: „To ty mnie nigdy nie kochałaś!” Ale tylko zacisnęłam pięści.

Siedziałam tam jeszcze godzinę. W końcu wyszłam bez słowa.

W drodze powrotnej do domu czułam ulgę. I ogromny wstyd.

Wieczorem zadzwonił telefon – matka zmarła.

Nie płakałam.

Paweł objął mnie ramieniem:

– „Może teraz będzie ci lżej.”

Ale nie było lżej ani ciężej – było po prostu pusto.

Na pogrzebie stałam obok kilku sąsiadek z bloku i kuzynki z Radomia, której nie widziałam od lat. Wszyscy szeptali: „Taka porządna kobieta była”, „Zawsze pomagała innym”.

Chciałam krzyknąć: „Nie znaliście jej!” Ale milczałam.

Po pogrzebie wróciłam do pustego mieszkania matki. Na stole leżał stary zeszyt – pamiętnik z czasów młodości. Zaczęłam czytać: opisywała tam swoje dzieciństwo na wsi pod Lublinem, ojca pijaka i matkę, która biła ją pasem za każde przewinienie.

Zrozumiałam wtedy coś ważnego – moja matka nigdy nie nauczyła się kochać ani okazywać czułości. Była ofiarą swoich czasów i swojej rodziny. Ale czy to ją usprawiedliwia?

Dziś patrzę na Zosię i obiecuję sobie: nigdy nie będę taka jak ona.

Czasem jednak łapię się na tym, że powtarzam jej słowa: „Nie płacz”, „Musisz być silna”. I wtedy ogarnia mnie strach.

Czy naprawdę można wybaczyć wszystko tylko dlatego, że ktoś jest naszą matką? Czy mamy prawo czuć ulgę po jej odejściu? A może to ja jestem tą złą?

Co wy byście zrobili na moim miejscu?