„Nie jesteś już dzieckiem!” – Jak mój ojczym chciał mnie wyrzucić z domu i co z tego wynikło
– Nie możesz tak po prostu siedzieć całymi dniami w swoim pokoju i czekać, aż ktoś ci wszystko poda na tacy! – głos pana Wiktora odbijał się echem po kuchni. Stałam przy zlewie, ścierając łzy razem z resztkami herbaty z kubka. Mama patrzyła na mnie bezradnie, a ja czułam, jak serce wali mi jak młot.
– Przecież szukam pracy! – wykrztusiłam, choć sama nie wierzyłam w siłę swojego głosu. – Wysłałam już dziesięć CV w tym tygodniu.
– To za mało, Zosiu. W twoim wieku ja już miałem własne mieszkanie i nie liczyłem na pomoc rodziców – ciągnął dalej Wiktor, a jego ton był lodowaty. – Może czas dorosnąć i przestać być ciężarem dla matki?
Mama zacisnęła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale tylko pokręciła głową. Wiktor był w naszym życiu od pięciu lat. Po śmierci taty długo byliśmy tylko we dwie, a potem pojawił się on – z zasadami, porządkiem i wiecznym narzekaniem na „dzisiejszą młodzież”.
Wyszłam z kuchni, trzaskając drzwiami. W pokoju rzuciłam się na łóżko i pozwoliłam łzom płynąć. Czułam się upokorzona. Przecież nie chciałam być ciężarem! Ale odkąd skończyłam studia, nie mogłam znaleźć pracy w swoim zawodzie. Pracowałam dorywczo w kawiarni, czasem pomagałam sąsiadce w sklepie spożywczym, ale to nie wystarczało na wynajem mieszkania w Warszawie.
Telefon zawibrował. Wiadomość od Magdy: „Jak tam? Dasz radę dziś wyjść?”
Odpisałam: „Nie wiem… znowu awantura.”
Magda była moją najlepszą przyjaciółką od liceum. Zawsze powtarzała, że powinnam postawić się Wiktorowi, ale ja nie umiałam. Bałam się, że jeśli wybuchnę, mama będzie cierpieć jeszcze bardziej.
Wieczorem usłyszałam ciche pukanie do drzwi.
– Zosiu… mogę wejść? – głos mamy był cichy i zmęczony.
Skinęłam głową. Usiadła obok mnie na łóżku i pogładziła mnie po włosach.
– On nie chce cię skrzywdzić… Po prostu martwi się o naszą przyszłość. Wiesz, że nie jest łatwo utrzymać dom na jednej pensji.
– Ale ja się staram! – wybuchłam. – Naprawdę próbuję…
Mama przytuliła mnie mocno.
– Wiem, kochanie. Ale może spróbuj jeszcze raz porozmawiać z Wiktorem? Może razem coś wymyślicie?
Nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że dla niego liczą się tylko liczby na koncie i to, czy jestem „produktywna”.
Następnego dnia rano znalazłam na stole kartkę: „Zosia, musimy porozmawiać. 19:00 w kuchni. Wiktor.”
Cały dzień chodziłam jak na szpilkach. Próbowałam skupić się na kolejnych ogłoszeniach o pracę, ale każda oferta wydawała się nieosiągalna: „minimum 2 lata doświadczenia”, „znajomość trzech języków”, „dyspozycyjność 24/7”.
O 19:00 usiadłam naprzeciwko Wiktora. Mama stała przy oknie, udając, że podlewa kwiaty.
– Zosiu – zaczął Wiktor powoli – wiem, że nie jest ci łatwo. Ale musisz zrozumieć, że życie to nie bajka. Jeśli chcesz być dorosła, musisz zacząć żyć jak dorosła.
– A co to znaczy według ciebie? – zapytałam ostrożnie.
– To znaczy: znaleźć pracę, płacić rachunki, przestać oczekiwać, że ktoś ci wszystko zapewni. Ja nie będę wiecznie dokładał do twojego utrzymania.
Mama odwróciła się gwałtownie:
– Wiktorze! To moja córka!
– I moja rodzina! – odpowiedział równie stanowczo. – Ale nie możemy jej wiecznie chronić przed światem.
Poczułam, jak ogarnia mnie panika. Czy naprawdę chcą mnie wyrzucić?
– Daj mi jeszcze trochę czasu… Proszę – wyszeptałam.
Wiktor westchnął ciężko.
– Masz miesiąc. Jeśli do tego czasu nie znajdziesz pracy albo nie zaczniesz dokładać się do rachunków, będziesz musiała poszukać sobie innego miejsca.
Mama zaczęła płakać. Ja też nie mogłam powstrzymać łez.
Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. Mama próbowała udawać, że wszystko jest w porządku, ale widziałam jej czerwone oczy i drżące ręce. Wiktor był jeszcze bardziej oschły niż zwykle.
Magda zaproponowała mi nocleg u siebie:
– Zawsze możesz spać na mojej kanapie. Nie pozwolę ci zostać na ulicy!
Ale ja nie chciałam być ciężarem dla nikogo – nawet dla niej.
W końcu znalazłam ogłoszenie o pracy w małym wydawnictwie. Redagowanie tekstów za niewielkie pieniądze, ale przynajmniej coś związanego z moim kierunkiem studiów. Poszłam na rozmowę kwalifikacyjną z duszą na ramieniu.
– Dlaczego chce pani u nas pracować? – zapytała pani Anna z działu HR.
– Bo chcę udowodnić sobie i innym, że potrafię być samodzielna – odpowiedziałam szczerze.
Dostałam tę pracę. Nie była to posada marzeń ani pensja pozwalająca na wynajem kawalerki w centrum miasta, ale wystarczyło na skromny pokój na obrzeżach Warszawy i drobny wkład do domowego budżetu.
Kiedy wróciłam do domu z umową w ręku, mama rzuciła mi się na szyję ze łzami szczęścia w oczach.
Wiktor tylko skinął głową:
– No widzisz? Możesz, jeśli chcesz.
Nie odpowiedziałam mu nic. Wiedziałam już, że nigdy nie będziemy rodziną w pełnym tego słowa znaczeniu. Ale przynajmniej odzyskałam poczucie własnej wartości i pierwszy raz od dawna poczułam dumę z siebie.
Czasem zastanawiam się: czy naprawdę trzeba kogoś postawić pod ścianą, żeby zaczął walczyć o siebie? Czy rodzina powinna wspierać bezwarunkowo, czy raczej uczyć życia przez ból i rozczarowanie? Jak wy byście postąpili na moim miejscu?