„Nie oddam ci mojego syna!” – Historia o matce, która musiała wybrać między rodziną a własnym sumieniem
– Nie oddam ci mojego syna! – wrzasnęłam, czując jak głos łamie mi się w gardle.
Mój ojciec patrzył na mnie z pogardą, jakby nie widział we mnie już nawet człowieka. – To nie ty decydujesz, Aniu. W tym domu obowiązują moje zasady.
Zacisnęłam pięści. W powietrzu wisiał zapach smażonej cebuli i starego tłuszczu, a w tle telewizor wył wiadomościami o kolejnej tragedii. W mojej głowie szumiały myśli: „Czy naprawdę jestem tak słaba? Czy pozwolę im zniszczyć moje dziecko tak, jak zniszczyli mnie?”
Mój synek, Michałek, miał wtedy sześć lat. Siedział skulony na krześle, bawiąc się kawałkiem chleba. Jego oczy były wielkie i ciemne – takie jak oczy mojego brata, który uciekł z domu jeszcze przed maturą. Zawsze powtarzał mi: „Anka, nie daj się. Oni cię połamią.”
Ale ja zostałam. Zostałam dla mamy, która nigdy nie miała odwagi odejść od ojca. Zostałam dla babci, która powtarzała: „Rodzina to świętość.” Zostałam dla siebie – bo bałam się świata za oknem bloku na Pradze.
Tego dnia wszystko się zmieniło. Ojciec podszedł do Michałka i chwycił go za ramię zbyt mocno. Michałek zapiszczał cicho. Zerwałam się z miejsca.
– Zostaw go! – krzyknęłam.
Ojciec spojrzał na mnie z chłodnym uśmiechem. – Ty go wychowałaś na mięczaka. Ja zrobię z niego mężczyznę.
Wtedy mama weszła do kuchni, ocierając ręce o fartuch. – Przestańcie się kłócić – jęknęła. – Sąsiedzi słyszą.
– Nie obchodzi mnie, kto słyszy! – wybuchłam. – On nie będzie bił mojego dziecka!
Ojciec spojrzał na mnie z takim gniewem, że przez chwilę naprawdę się bałam. Ale potem poczułam coś innego – wstyd. Wstyd, że przez tyle lat pozwalałam mu na wszystko.
– Pakuj się – powiedział cicho. – Wynoś się stąd, jeśli ci się nie podoba.
Popatrzyłam na mamę. Jej twarz była szara, zmęczona. Nie powiedziała nic.
Wyszłam do pokoju Michałka. On patrzył na mnie z nadzieją i strachem jednocześnie.
– Mamusiu… czy my teraz będziemy mieszkać gdzie indziej?
Usiadłam obok niego na łóżku i przytuliłam go mocno.
– Tak, kochanie. Już nigdy nikt cię nie skrzywdzi.
Nie miałam dokąd pójść. Brat był za granicą, przyjaciółki miały własne rodziny. Przez kilka dni spałyśmy u sąsiadki z parteru, pani Haliny. Była wdową po kolejarzu, zawsze dawała mi cukierki w dzieciństwie.
– Aniu, musisz być silna – powiedziała mi któregoś wieczoru, kiedy Michałek już spał na kanapie. – Twój ojciec… on się nie zmieni.
Płakałam wtedy pierwszy raz od lat. Pani Halina głaskała mnie po głowie jak małą dziewczynkę.
Po tygodniu znalazłam pokój do wynajęcia na Targówku. Było tam zimno i wilgotno, ale mieliśmy własny kąt. Michałek zaczął chodzić do nowej szkoły. Każdego ranka patrzył na mnie z pytaniem w oczach: „Czy dziś wrócimy do dziadków?”
Ojciec dzwonił codziennie przez pierwsze dwa tygodnie:
– Wróć do domu! Co ludzie powiedzą?!
Nie odbierałam już połączeń.
Mama przyszła raz, przyniosła słoik ogórków i trochę pieniędzy.
– On nie jest taki zły… Po prostu czasem nie umie inaczej…
Popatrzyłam na nią z żalem i gniewem.
– Mamo, on cię bije od trzydziestu lat! Mnie też bił! Chcesz tego dla Michała?
Zamilkła i wyszła bez słowa.
Były dni, kiedy żałowałam swojej decyzji. Kiedy Michałek płakał w nocy i pytał o babcię. Kiedy nie miałam pieniędzy na nowe buty dla niego i musiałam pożyczać od pani Haliny.
Ale były też dni lepsze: kiedy pierwszy raz sam poszedł do sklepu po bułki; kiedy dostał piątkę z matematyki; kiedy powiedział mi: „Mamusiu, jesteś najdzielniejsza na świecie”.
Po pół roku zaczęłam pracować w sklepie spożywczym na nocną zmianę. Było ciężko – czasem spałam po trzy godziny dziennie. Ale byliśmy wolni.
Ojciec przestał dzwonić. Mama czasem pisała SMS-y: „Tęsknię za tobą” albo „Michaś urósł?” Nigdy nie pytała, czy wrócimy.
Któregoś dnia spotkałam brata na dworcu Warszawa Wschodnia. Przyjechał niespodziewanie z Anglii.
– Anka… przepraszam, że cię zostawiłem – powiedział cicho.
Przytuliłam go mocno i płakałam długo w jego ramionach.
– Jesteś silniejsza niż my wszyscy razem wzięci – szepnął mi do ucha.
Po roku ojciec zachorował na raka płuc. Mama zadzwoniła do mnie pierwszy raz od miesięcy:
– Aniu… on umiera… Chce cię zobaczyć…
Nie wiedziałam, co robić. Michałek patrzył na mnie poważnie:
– Pójdziesz do dziadka?
Bałam się wejść do tego mieszkania ponownie. Ale poszłam – dla siebie, dla zamknięcia tego rozdziału.
Ojciec leżał w łóżku, wychudzony i blady.
– Aniu… przepraszam…
Nie odpowiedziałam nic. Po prostu usiadłam przy nim i trzymałam go za rękę do końca dnia.
Po jego śmierci mama została sama w dużym mieszkaniu na Pradze. Czasem przychodziła do nas na Targówek, przynosiła ciasto i opowiadała stare historie o swoim dzieciństwie w Białymstoku.
Michałek dorastał szybko – był cichy, zamknięty w sobie, ale coraz częściej się uśmiechał. Pewnego dnia zapytał:
– Mamusiu… czy ty żałujesz?
Popatrzyłam mu w oczy i odpowiedziałam szczerze:
– Nie żałuję ani jednego dnia naszej wolności.
Czasem budzę się w nocy i myślę o tym wszystkim: o bólu, o strachu, o samotności… Ale potem słyszę spokojny oddech Michała i wiem, że zrobiłam dobrze.
Czy można naprawdę zerwać z przeszłością? Czy rodzina to tylko więzy krwi? A może to wybór – każdego dnia od nowa?