Nie potrafiłam pokochać dzieci mojego męża – to było silniejsze ode mnie
— Nie chcę, żebyś tu siedziała! Ty nie jesteś moją mamą! — wrzasnęła Zosia, siedmioletnia córka mojego męża, i z całej siły uderzyła talerzem o stół. W tej chwili, kiedy drżącymi rękami mieszałam zupę na kuchence, poczułam się jak obca w miejscu, które miało być moim domem. To nie był pierwszy raz, gdy mnie odrzucała, ale tamtego poranka, gdy zapach rosołu unosił się w naszym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie, coś we mnie pękło.
Mam na imię Marta Nowicka. Mam trzydzieści pięć lat i pracuję jako pielęgniarka w przychodni na Mokotowie. Trzy lata temu poznałam Pawła — mężczyznę z cichym smutkiem w oczach i łagodnym uśmiechem. Był po rozwodzie, ojciec dwójki dzieci: Zosi i ośmioletniego Kacpra. Jego była żona, Agata, wyjechała do Anglii i kontaktowała się z dziećmi tylko przez telefon. Paweł był czuły, troskliwy, zmęczony życiem. Wierzyłam, że znalazłam swoje szczęście.
Pierwsze spotkanie z Zosią i Kacprem odbyło się w maju. Zabraliśmy ich do Łazienek Królewskich. Kacper trzymał mnie za rękę, ale kiedy tylko Paweł odwracał wzrok, cofał się i szeptał: — Nie chcę cię lubić. Zosia patrzyła na mnie spode łba i obgryzała paznokcie. Nie poddawałam się. Robiłam im naleśniki, kupowałam kolorowanki, czytałam bajki na dobranoc. Paweł powtarzał: — Daj im czas, Marta. Oni są jeszcze mali.
Ale czas nie przynosił niczego poza nowymi ranami. Pierwszy poważny konflikt wybuchł, gdy próbowałam zabronić im oglądania bajek do późna. Kacper rzucił pilotem przez okno, Zosia zamknęła mnie w łazience. Paweł był wtedy w pracy. Gdy wrócił, tylko wzruszył ramionami:
— Dzieci są dzieci.
— A ja? Ja nie jestem człowiekiem? — spytałam przez łzy.
— Marto, proszę cię… Nie mam siły jeszcze z tobą się kłócić.
Noce spędzałam bezsennie, słuchając ich szeptów za drzwiami: — Tata znowu będzie smutny przez nią. Czułam się jak intruzka. Rano wstawałam wcześniej, by przygotować im śniadanie — ale zostawiali je nietknięte. Raz znalazłam moją ulubioną filiżankę rozbitą w koszu na śmieci. Innym razem schowali mi klucze do mieszkania i spóźniłam się do pracy.
Moja mama powtarzała: — Martusia, to niełatwe być macochą. Ale miłość wszystko może.
Ale miłość nie mogła nic przeciwko murze, który Zosia i Kacper budowali każdego dnia.
Pewnego popołudnia siedziałam na balkonie i patrzyłam na szare bloki wokół nas. Zosia podeszła i powiedziała:
— Wiesz, że mama cię nie lubi? Powiedziała tacie, że przez ciebie nie wraca do domu.
Poczułam, jak serce zapada mi się w piersi. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć dziecku, które nienawidzi mnie bez powodu.
Paweł coraz częściej pracował po godzinach. Wracał późno, zmęczony i rozdrażniony. Gdy próbowałam rozmawiać o dzieciach, ucinał:
— Nie teraz! Jesteś dorosła, Marta! Poradzisz sobie!
Zaczęłam tracić siebie. Nie byłam już tą radosną dziewczyną kochającą życie. Stałam się cieniem przemykającym na palcach po własnym mieszkaniu.
Pewnego wieczoru Kacper rozlał sok na moje łóżko i powiedział:
— Tak będziesz wiedziała, że to nie twój dom.
Płakałam całą noc.
Próbowałam rozmawiać z Pawłem:
— Paweł, nie dam już rady! Czuję się jak wróg w tym domu!
On milczał lub zmieniał temat.
Moja przyjaciółka Kasia pytała:
— Dlaczego to znosisz? Dlaczego nie odejdziesz?
Nie miałam odpowiedzi. Kochałam Pawła. Kochałam wyobrażenie rodziny, której nigdy nie miałam.
Ale pewnego dnia wróciłam z pracy i zobaczyłam swoje rzeczy wyrzucone z szafy — Zosia wyrzuciła je przez balkon „bo tak robi mama jak się złości”. Zrozumiałam wtedy, że nie mam już siły.
Spakowałam walizkę w ciszy. Pawła nie było w domu. Dzieci oglądały bajki jakby nic się nie stało.
Na progu zatrzymałam się i spojrzałam na nich ostatni raz:
— Życzę wam szczęścia — wyszeptałam.
Nikt nie odpowiedział.
Zamieszkałam u Kasi na Ochocie. Przez pierwsze dni nie mogłam jeść ani spać. Czułam się jak przegrana kobieta — nieudana partnerka i macocha.
Paweł nie napisał ani razu. Tylko raz dostałam SMS-a: „Dzieci pytają gdzie jesteś”. Nie odpisałam.
Minęło kilka miesięcy zanim znów mogłam oddychać pełną piersią. Brałam więcej dyżurów w przychodni, zapisałam się na jogę, zaczęłam wychodzić z koleżankami na kawę.
Ale co noc przed snem wracały do mnie obrazy: gniewne spojrzenie Zosi, słowa nienawiści Kacpra, obojętność Pawła.
Zastanawiałam się: Czy to moja wina? Czy próbowałam wystarczająco? Czy byłabym lepszym człowiekiem, gdybym została?
Dziś wiem — nie mogłam dać więcej. Nie potrafiłam pokochać cudzych dzieci na siłę. Nie mogłam być matką tam, gdzie nie chciano mnie nawet jako przyjaciela.
Może ktoś mnie za to osądzi. Może ktoś powie: „Nie dałaś im szansy”. Ale tylko ta kobieta, która codziennie próbowała i codziennie była odrzucana przez dziecko — wie jak to boli.
Teraz mieszkam sama w małym mieszkaniu na Pradze Południe. Mam spokój i ciszę, których wcześniej nie doceniałam. Czasem spotykam Pawła w sklepie — kiwa głową i idzie dalej.
Nie znalazłam nowej miłości i na razie nawet jej nie szukam. Nauczyłam się, że rodziny nie da się stworzyć siłą — ani sercem ani wysiłkiem jeśli druga strona tego nie chce.
Może ktoś powie, że jestem słaba albo samolubna. Ale powiedzcie mi: czy próbowaliście kiedyś kochać kogoś, kto codziennie was odrzuca? Czy marzyliście o domu a dostaliście tylko ściany?
Może nie byłam dobrą macochą — ale przynajmniej już siebie nie okłamuję.