Niechciana córka – historia, której nikt nie chciał słuchać. Czy można pokochać siebie, gdy własna rodzina cię odrzuca?

– Znowu to samo, Zosia! – głos mamy przeszył ciszę kuchni jak zimny nóż. – Ile razy mam ci powtarzać, że dziewczynie nie wypada tak się zachowywać? Popatrz na siebie, cały czas z nosem w książkach, a w domu bałagan!

Stałam przy zlewie, z dłonią zaciśniętą na szklance, którą właśnie myłam. Woda była gorąca, ale nie czułam już palców. Wpatrywałam się w swoje odbicie w oknie – blade, z podkrążonymi oczami. W głowie dudniło mi tylko jedno pytanie: dlaczego nie mogę być taka, jakiej ona chce?

Mój brat Michał wszedł do kuchni, rzucił plecak na podłogę i bez słowa sięgnął po sok. Mama spojrzała na niego z czułością, której nigdy nie widziałam skierowanej w moją stronę.

– Michałku, jak w szkole? – zapytała miękko.

– Spoko – burknął i wyszedł.

– Widzisz? – zwróciła się do mnie. – On przynajmniej nie sprawia problemów.

Zacisnęłam usta. Chciałam krzyczeć, że to niesprawiedliwe, że przecież mam same piątki, że nigdy nie wracam późno do domu, że pomagam w zakupach i gotowaniu. Ale wiedziałam, że to nic nie da. Dla niej zawsze byłam niewystarczająca. Nie tym dzieckiem, którego pragnęła.

Ojciec siedział w salonie przed telewizorem. Nawet nie podniósł wzroku, gdy przechodziłam obok. Był jak cień – obecny fizycznie, ale nieobecny duchem. Czasem myślałam, że gdyby mnie zabrakło, nawet by tego nie zauważył.

W szkole też nie było łatwo. Koleżanki miały swoje paczki, sekrety i śmiechy na przerwach. Ja byłam tą „kujonką”, która zawsze siedzi w ostatniej ławce i nie odzywa się bez potrzeby. Nauczyciele mnie lubili, ale to tylko pogłębiało moją samotność.

Pamiętam jedną noc szczególnie wyraźnie. Miałam wtedy czternaście lat. Leżałam w łóżku i słyszałam przez cienką ścianę rozmowę rodziców.

– Gdyby to był chłopak… – westchnęła mama. – Może byłoby łatwiej.

– Daj spokój – mruknął ojciec. – Już jest jak jest.

Zwinęłam się w kłębek pod kołdrą i płakałam tak cicho, żeby nikt nie usłyszał.

Lata mijały. Im byłam starsza, tym bardziej czułam się przezroczysta. Michał miał swoje życie – imprezy, dziewczyny, wyjazdy z kolegami. Ja coraz częściej zamykałam się w swoim pokoju z książkami i muzyką. Marzyłam o ucieczce.

Kiedy dostałam się na studia do Warszawy, poczułam pierwszy raz oddech wolności. Mama była rozczarowana – chciała, żebym została w rodzinnym mieście i pomagała jej w domu.

– Po co ci te studia? I tak wyjdziesz za mąż i będziesz siedzieć z dziećmi! – krzyczała podczas jednej z naszych kłótni.

– Może ja chcę inaczej! – odpowiedziałam drżącym głosem.

– Ty zawsze musisz być inna…

Wyjechałam. W nowym miejscu wszystko było obce i przerażające, ale przynajmniej nikt mnie nie oceniał przez pryzmat oczekiwań mojej matki. Poznałam ludzi takich jak ja – zagubionych, szukających swojego miejsca. Zaczęłam oddychać pełną piersią.

Ale nawet wtedy cień domu ciągnął się za mną jak ciężki płaszcz. Każdy telefon od mamy był jak powrót do dzieciństwa:

– Kiedy przyjedziesz? Michał już był dwa razy w tym miesiącu!

– Mamo, mam egzaminy…

– Zawsze masz wymówki.

Czułam się winna za każdym razem, gdy wybierałam siebie zamiast niej.

Pewnego dnia zadzwoniła ciotka Basia:

– Zosiu, mama trafiła do szpitala. Zawał.

Wróciłam do rodzinnego miasta z bijącym sercem i poczuciem obowiązku. W szpitalu zobaczyłam ją słabą, bez makijażu, z siwymi włosami na poduszce. Patrzyła na mnie długo, jakby widziała mnie pierwszy raz.

– Przepraszam… – wyszeptała nagle. – Nie umiałam być dobrą matką dla córki.

Łzy napłynęły mi do oczu. Chciałam jej wybaczyć, ale nie wiedziałam jak. Wszystko bolało za bardzo.

Po jej wyjściu ze szpitala wróciłam do Warszawy. Próbowałyśmy rozmawiać przez telefon częściej, ale między nami zawsze była jakaś niewidzialna ściana.

Dziś mam trzydzieści lat i własne życie. Pracuję jako nauczycielka polskiego w liceum. Często patrzę na swoje uczennice i zastanawiam się, czy któraś z nich czuje się tak samotna jak ja kiedyś.

Czasem odwiedzam rodzinny dom. Michał ma już swoją rodzinę i rzadko wpada do mamy. Ojciec odszedł kilka lat temu do innej kobiety. Mama jest coraz bardziej schorowana i cicha.

Siedzimy razem przy stole i pijemy herbatę w milczeniu.

– Zosiu… jesteś szczęśliwa? – pyta nagle.

Patrzę na nią długo. Nie wiem, co odpowiedzieć.

Czy można pokochać siebie naprawdę, jeśli nigdy nie było się kochanym przez najważniejszą osobę na świecie?

A może to właśnie największa odwaga: dać sobie to, czego inni nam odmówili?