Nigdy nie będziesz mi mówić, jak mam żyć – historia matki po stracie syna

„To jest mój dom, Marto! I dopóki tu mieszkasz, będziesz przestrzegać moich zasad!” – krzyknęłam, czując jak głos mi drży. Marta stała naprzeciwko mnie w kuchni, ramiona skrzyżowane na piersi, spojrzenie zimne i nieustępliwe. „Nigdy nie będziesz mi mówić, jak mam żyć! Nie jestem twoją córką, tylko synową. A Paweł by na to nie pozwolił!” Jej słowa przeszyły mnie na wskroś.

Jeszcze kilka lat temu nie wyobrażałam sobie, że znajdę się w takiej sytuacji. Gdy dwadzieścia lat temu zadzwonili do mnie ze szpitala w Katowicach, że mój mąż Andrzej zginął w wypadku na trasie do Krakowa, świat mi się zawalił. Zostałam sama z małym Pawłem. Miał wtedy sześć lat i wiedziałam, że muszę być silna dla nas obojga. Wszystko podporządkowałam jemu – jego szkole, jego pasjom, jego przyszłości. Pracowałam jako pielęgniarka na oddziale ratunkowym i każdą wolną chwilę poświęcałam Pawłowi. Nigdy nie pozwoliłam sobie na nowy związek – czułam, że to byłaby zdrada wobec Andrzeja.

Paweł był dobrym dzieckiem, ale im był starszy, tym bardziej czułam, jak się ode mnie oddala. Gdy zaczął studia na Politechnice Śląskiej w Gliwicach, widywałam go coraz rzadziej. Mimo to co tydzień gotowałam jego ulubione pierogi ruskie i miałam nadzieję, że choć w niedzielę wróci do domu. Pewnego dnia oznajmił mi, że spotyka się z Martą. Była zupełnie inna niż dziewczyny, które sobie dla niego wyobrażałam – głośna, pewna siebie, zawsze miała własne zdanie i nie pytała mnie o opinię.

Kiedy się pobrali i postanowili zamieszkać ze mną w moim mieszkaniu na osiedlu Tysiąclecia w Katowicach, byłam przekonana, że damy radę. Ale już pierwsze tygodnie pokazały, jak bardzo się myliłam. Marta miała zupełnie inne podejście do prowadzenia domu – gotowała dziwne potrawy z tofu i soczewicy zamiast tradycyjnych schabowych, zostawiała po sobie bałagan i często zapraszała znajomych na wieczorne spotkania. Paweł był między nami jak między młotem a kowadłem.

Pewnego wieczoru wróciłam zmęczona po nocnej zmianie i zastałam kuchnię pełną obcych ludzi. Marta siedziała przy stole z kieliszkiem wina i śmiała się głośno. „To jest dom rodzinny! Tu nie urządza się imprez!” – wybuchłam. „Mamo, spokojnie,” powiedział Paweł zmęczonym głosem. „Marta ma dziś urodziny.” Ale ja już nie słyszałam nic poza własnym gniewem i poczuciem zdrady.

Od tamtej pory nasze relacje tylko się pogarszały. Marta zaczęła mi zarzucać, że wtrącam się w jej życie. Ja miałam jej za złe, że odbiera mi syna i niszczy dom, który budowałam z Andrzejem przez tyle lat. Paweł coraz częściej znikał – pracował do późna albo wychodził z kolegami na piwo. Którejś nocy wrócił pijany i pokłócił się z Martą tak głośno, że obudziło mnie to ze snu.

– Czemu zawsze stajesz po stronie swojej matki? – krzyczała Marta.
– Bo ona jest jedyną rodziną, jaka mi została! – odpowiedział Paweł drżącym głosem.

A potem przyszła ta noc. Paweł miał wypadek samochodowy – dokładnie tak samo jak jego ojciec. Tym razem zadzwonili do mnie z policji. Kiedy przyjechałam do szpitala i zobaczyłam jego bezwładne ciało, poczułam, że umieram po raz drugi.

Pogrzeb był cichy i chłodny. Marta siedziała obok mnie i ani razu nie spojrzała mi w oczy. Po ceremonii każda z nas wróciła osobno – ona do naszego mieszkania, ja do pustego pokoju Pawła.

Pierwsze tygodnie po jego śmierci prawie ze sobą nie rozmawiałyśmy. Chodziłyśmy po mieszkaniu jak duchy. Pewnego dnia Marta weszła do kuchni:
– Anno… muszę ci coś powiedzieć.
Milczałam.
– Chcę tu jeszcze trochę zostać. Nie mam dokąd pójść.
Skinęłam głową – nie z litości, tylko ze zmęczenia kolejnymi kłótniami.

Ale napięcie rosło z każdym dniem. Marta zaczęła wracać późno do domu albo nie wracała wcale. Pewnego wieczoru powiedziałam jej:
– Powinnaś zacząć myśleć o własnym mieszkaniu.
Odpowiedziała tylko:
– Nigdy nie będziesz mi mówić, jak mam żyć.

Siedziałam potem długo w kuchni i rozmyślałam o wszystkim, co przeżyliśmy z Pawłem. O tym, jak bardzo go kochałam i jak bardzo chciałam być dobrą matką. Może swoją troską i strachem wiązałam go za mocno?

Dziś mija rok od śmierci Pawła. Siedzę przy jego grobie na cmentarzu przy ul. Francuskiej w Katowicach i zastanawiam się: czy mogłam postąpić inaczej? Czy powinnam była być mniej surowa albo bardziej otwarta na nowe? Może powinnam spróbować zrozumieć Martę… albo przynajmniej wybaczyć jej i sobie?

Może to czas puścić przeszłość i zacząć żyć własnym życiem – pierwszy raz od tylu lat.

Czy można odnaleźć pojednanie między teściową a synową po takiej tragedii? Czy jesteśmy sobie już na zawsze obce?