Noc, w której straciłam Emmę: Wyznania babci rozdartej między winą a przebaczeniem

— Jadwiga, czy możesz dziś wieczorem zostać z Emmą? — zapytała moja córka, Ania, przez telefon, a w jej głosie słychać było zmęczenie i ulgę. — Mamy z Piotrem ważne spotkanie w pracy, nie chcemy jej ciągnąć po nocy.

— Oczywiście, kochanie. Emma uwielbia u mnie nocować — odpowiedziałam bez wahania, czując dumę i radość. Byłam przekonana, że jestem najlepszą babcią na świecie. Zawsze miałam dla Emmy świeże naleśniki, ciepłe kakao i bajki na dobranoc. Tego wieczoru wszystko wydawało się jak zwykle: śmiech Emmy odbijał się echem po moim małym mieszkaniu na osiedlu w Nowej Hucie.

Emma miała wtedy siedem lat. Zawsze była pełna energii, ciekawa świata i trochę nieśmiała wobec obcych. Tego wieczoru jednak była jakaś cichsza. — Babciu, boli mnie brzuszek — powiedziała cicho, kiedy kładłam ją spać.

— To pewnie przez te lody po obiedzie — zaśmiałam się lekko, głaszcząc ją po włosach. — Jutro przejdzie.

Nie przechodziło. O drugiej w nocy Emma obudziła mnie płaczem. Miała gorączkę, była blada jak ściana. Próbowałam ją uspokoić, podałam wodę i termometr. 39,5 stopnia. Wtedy poczułam pierwszy ukłucie niepokoju.

— Babciu, boli… — jęknęła Emma, a ja poczułam lodowaty strach ściskający mi serce.

Zadzwoniłam do Ani. — Mamo, to pewnie wirus. Daj jej paracetamol i obserwuj — powiedziała zaspanym głosem. Zrobiłam tak, jak kazała. Ale Emma nie przestawała płakać. Z każdą minutą jej stan się pogarszał.

O czwartej nad ranem podjęłam decyzję: dzwonię po karetkę. W szpitalu lekarze zabrali Emmę na oddział zakaźny. Słyszałam tylko urywki rozmów: „sepsa”, „stan krytyczny”, „trzeba działać natychmiast”.

Ania i Piotr przyjechali godzinę później. Ich twarze były białe jak prześcieradła. Ania spojrzała na mnie z wyrzutem:

— Dlaczego nie zadzwoniłaś wcześniej? Dlaczego nie zabrałaś jej od razu do szpitala?

Nie potrafiłam odpowiedzieć. Czułam się jak najgorsza matka i babcia świata. Przez kolejne godziny siedzieliśmy pod salą intensywnej terapii, modląc się o cud.

Emma przeżyła, ale jej życie już nigdy nie było takie samo. Sepsa zostawiła ślad — długie tygodnie rehabilitacji, strach przed każdym katarem, niekończące się wizyty u lekarzy.

Od tamtej nocy wszystko się zmieniło. Ania przestała mi ufać. Przestała przyprowadzać Emmę na nocowanie. Każda rozmowa była pełna napięcia.

— Mamo, nie rozumiesz! — krzyczała kiedyś Ania przez telefon. — To twoja wina! Gdybyś szybciej zareagowała… Moja córka mogłaby być zdrowa!

Płakałam wtedy długo. Próbowałam tłumaczyć sobie, że zrobiłam wszystko, co mogłam. Ale czy na pewno? Czy mogłam być bardziej czujna? Czy powinnam była od razu jechać do szpitala?

Piotr był bardziej powściągliwy, ale jego milczenie bolało jeszcze bardziej niż krzyk Ani.

— Jadwiga, musimy chronić Emmę — powiedział kiedyś cicho podczas rodzinnego obiadu. — Nie możemy ryzykować.

Czułam się wykluczona z własnej rodziny. Każde święta były dla mnie próbą sił: czy pozwolą mi zobaczyć Emmę? Czy będę mogła ją przytulić?

Emma też się zmieniła. Była bardziej zamknięta w sobie, często patrzyła na mnie z niepokojem.

— Babciu, czy znowu zachoruję? — zapytała kiedyś szeptem.

— Nie kochanie, już nigdy cię nie zawiodę — odpowiedziałam drżącym głosem.

Przez wiele miesięcy żyłam w cieniu tej jednej nocy. Chodziłam do psychologa, próbowałam rozmawiać z Anią, pisałam listy do Emmy, których nigdy nie wysyłałam.

Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i pojechałam do Ani bez zapowiedzi. Stałam pod drzwiami ich mieszkania na Ruczaju z bukietem tulipanów i drżącym sercem.

— Mamo, czego chcesz? — Ania otworzyła drzwi z chłodnym wyrazem twarzy.

— Chcę cię przeprosić — powiedziałam cicho. — Chcę ci powiedzieć, jak bardzo żałuję i jak bardzo was kocham.

Ania długo milczała. W końcu łzy popłynęły jej po policzkach.

— Ja też cię kocham, mamo… Ale nie potrafię zapomnieć tej nocy.

Usiadłyśmy razem na kanapie i płakałyśmy obie. Po raz pierwszy od miesięcy poczułam ulgę.

Dziś nasza relacja powoli się odbudowuje. Emma czasem do mnie dzwoni, opowiada o szkole i koleżankach. Ale już nigdy nie będzie tak jak dawniej.

Często pytam siebie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy kiedykolwiek wybaczę sobie tę noc? Czy moja rodzina jeszcze kiedyś mi zaufa?

A wy? Czy potrafilibyście wybaczyć komuś taki błąd? Czy można naprawić to, co zostało złamane jedną nocą?