Nocne zmiany, dzienne marzenia – Historia polskiego ojca, który walczył o cud

– Michał, obudź się! – szepcze do mnie głos córki, Zosi, a ja z trudem otwieram oczy. Jest 17:30, a ja ledwo wróciłem z nocnej zmiany w fabryce. Znowu zaspałem na jej przedstawienie w szkole. W głowie dudni mi echo maszyn, a w sercu narasta poczucie winy.

– Tato, mówiłam ci przecież… – Zosia patrzy na mnie z wyrzutem. – Miałeś być dziś wcześniej.

– Przepraszam, kochanie… – próbuję się podnieść, ale czuję, jakby ktoś przywiązał mnie do łóżka. – Praca…

– Zawsze praca! – krzyczy mój syn, Kuba, który właśnie wbiegł do pokoju. – Może gdybyś miał normalną robotę, nie musielibyśmy ciągle czekać!

Cisza. W tej ciszy słyszę tylko własne serce. Biję się z myślami: czy naprawdę jestem aż tak złym ojcem? Czy to wszystko ma sens?

Moja żona, Ania, odeszła dwa lata temu. Zostawiła mnie z dwójką dzieci i kredytem na mieszkanie w blokowisku na Pradze. Od tamtej pory każda noc to walka o przetrwanie – dosłownie i w przenośni. Pracuję w fabryce samochodów na Żeraniu. Nocne zmiany, bo tylko wtedy mogę pogodzić opiekę nad dziećmi i zarobić na czynsz.

Czasem mam wrażenie, że życie mnie testuje. Kiedyś byłem innym człowiekiem – miałem marzenia, plany. Teraz liczy się tylko rachunek za prąd i to, żeby dzieci miały co jeść.

Zosia płacze cicho w swoim pokoju. Kuba trzaska drzwiami. Siadam na kanapie i patrzę na stare zdjęcie Ani na komodzie. „Co byś zrobiła na moim miejscu?” – pytam ją w myślach.

Wieczorem próbuję naprawić sytuację.

– Zosiu, przepraszam. Wiem, że cię zawiodłem. Obiecuję, że następnym razem…

– Nie obiecuj już niczego – przerywa mi cicho. – Po prostu bądź.

Te słowa bolą bardziej niż zmęczenie po trzynastu godzinach pracy.

Następnego dnia dostaję list polecony. Nadawca nieznany. Otwieram kopertę drżącymi rękami. W środku jest tylko kartka: „Nie jesteś sam” i koperta z pięcioma tysiącami złotych.

Patrzę na pieniądze jak na coś nierealnego. Kto mógłby mi to wysłać? Przecież nie mam rodziny poza dziećmi i schorowaną matką w Radomiu. Przyjaciele? Od kiedy Ania odeszła, wszyscy się odsunęli.

Wieczorem nie mogę zasnąć. W głowie kłębią się pytania: To jakiś żart? Może ktoś chce mnie w coś wrobić? Ale przecież te pieniądze mogłyby nam pomóc…

Następnego dnia idę do pracy z jeszcze większym ciężarem na sercu. W szatni spotykam Andrzeja – starego znajomego z działu montażu.

– Michał, wyglądasz jakbyś ducha zobaczył – śmieje się Andrzej.

– Dostałem dziś dziwny list…

Opowiadam mu o wszystkim. Andrzej kiwa głową.

– Może ktoś widzi, jak się starasz? Może to jakiś sąsiad?

Ale ja wiem, że ludzie tutaj raczej nie pomagają bezinteresownie.

Po pracy wracam do domu i widzę Kube siedzącego przy komputerze.

– Tato… – zaczyna niepewnie – Wiem, że jest ci ciężko. Przepraszam za wczoraj.

Przytulam go mocno. Chciałbym powiedzieć mu, że wszystko będzie dobrze, ale sam w to nie wierzę.

Przez kolejne dni żyję jak w transie. Pieniądze chowam do szuflady i boję się ich użyć. Zosia pyta:

– Tato, czemu jesteś taki zamyślony?

Nie wiem, co odpowiedzieć.

W końcu decyduję się wydać część pieniędzy na nowe buty dla dzieci i opłacenie zaległego rachunku za gaz. Czuję ulgę, ale i strach – co jeśli ktoś się dowie?

Tydzień później dostaję kolejny list: „Dobro wraca” i kolejne dwa tysiące złotych.

Zaczynam podejrzewać wszystkich: sąsiadkę z naprzeciwka, kierownika zmiany w fabryce, nawet nauczycielkę Zosi. Ale nikt nie daje mi znaku.

W pracy zaczynają się plotki:

– Słyszałeś? Michał podobno wygrał w totka!
– A może ma jakąś babkę z Ameryki?

Czuję się coraz bardziej osaczony.

Pewnego dnia po powrocie z pracy zastaję matkę siedzącą przy stole z dziećmi.

– Michał, musimy porozmawiać – mówi poważnie.

Siadam naprzeciwko niej.

– Wiem o tych pieniądzach – zaczyna cicho. – To ja poprosiłam twojego ojca chrzestnego o pomoc.

Patrzę na nią zdumiony.

– Ale przecież nie rozmawialiśmy od lat…

– Czasem trzeba schować dumę do kieszeni dla dobra rodziny – odpowiada matka ze łzami w oczach.

Wtedy dociera do mnie cała prawda: przez lata odsuwałem się od ludzi, zamykałem się w swoim bólu i samotności. A wystarczyło poprosić o pomoc…

Wieczorem siadam z dziećmi przy stole.

– Chciałem wam coś powiedzieć… Przepraszam za wszystko. Za to, że byłem nieobecny, za to że nie umiałem prosić o pomoc. Ale obiecuję wam jedno: już nigdy nie będziemy sami.

Zosia przytula się do mnie mocno.

– Tato, kochamy cię nawet wtedy, kiedy jesteś zmęczony i smutny.

Kuba uśmiecha się przez łzy.

Patrzę na nich i czuję pierwszy raz od dawna nadzieję.

Czy naprawdę zasługuję na ten cud? A może każdy z nas czasem potrzebuje drugiej szansy? Co wy byście zrobili na moim miejscu?