Ostatnia obietnica dla mojej mamy: Między łzami a nadzieją w cieniu polskiej codzienności

– Zosia, obiecaj mi… – głos mamy drżał, a jej wychudzone dłonie ściskały moją tak mocno, jakby chciała zatrzymać mnie przy sobie na zawsze.

Siedziałam przy jej łóżku w naszym małym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie. Za oknem padał deszcz, krople bębniły o parapet, a ja czułam, jakby każda z nich była kolejną sekundą, która oddala mnie od niej. Mama patrzyła na mnie tymi swoimi szarymi oczami, w których widziałam już tylko cień dawnej siły.

– Obiecaj mi, że pogodzisz się z ojcem… – wyszeptała. – Nie chcę odchodzić, wiedząc, że jesteście dla siebie obcy.

Zacisnęłam zęby. W gardle miałam gulę, a w głowie kłębiły się wspomnienia. Ojciec… Dla mnie to słowo było synonimem bólu i rozczarowania. Odszedł od nas, gdy miałam dwanaście lat. Zostawił nas dla innej kobiety – tej „pani z pracy”, jak mówiła mama przez zaciśnięte usta. Przez lata nie potrafiłam mu wybaczyć. Widziałam, jak mama płacze nocami, jak walczy o każdy grosz, żebyśmy miały co jeść i czym zapłacić rachunki.

– Mamo… – szepnęłam, czując łzy pod powiekami. – Nie wiem, czy potrafię.

– Musisz spróbować – odpowiedziała cicho. – Dla siebie… i dla mnie.

Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Przez chwilę miałam nadzieję, że to sąsiadka przyniosła nam zupę albo ciasto, jak czasem robiła. Ale kiedy otworzyłam drzwi, zobaczyłam jego. Stał tam mój ojciec – Andrzej. Starszy, niż go zapamiętałam, z siwymi włosami i zmęczonym spojrzeniem. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.

– Mogę wejść? – zapytał niepewnie.

Chciałam powiedzieć „nie”, zatrzasnąć mu drzwi przed nosem. Ale coś mnie powstrzymało. Może to była ta ostatnia prośba mamy? Może jej słowa jeszcze dźwięczały mi w uszach?

Wszedł do środka i usiadł na krześle przy łóżku mamy. Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Mama uśmiechnęła się słabo.

– Dobrze, że przyszedłeś – powiedziała cicho.

Patrzyłam na nich i czułam narastającą złość. Jak on śmie tu przychodzić? Po tylu latach? Gdzie był, kiedy mama potrzebowała pomocy? Gdzie był, kiedy ja płakałam po nocach?

Po chwili mama zasnęła. Ojciec spojrzał na mnie niepewnie.

– Zosiu… wiem, że nie masz powodu mi ufać – zaczął cicho. – Ale chciałem ci powiedzieć… Przepraszam.

Zacisnęłam pięści.

– Przepraszasz? Po tylu latach? Myślisz, że to wystarczy?

– Wiem, że nie – odpowiedział. – Ale nie chcę stracić was obu…

Wyszedł z pokoju, zostawiając mnie samą z mamą i moimi myślami. Siedziałam przy jej łóżku całą noc. Słuchałam jej nierównego oddechu i próbowałam sobie przypomnieć te dobre chwile: jak piekłyśmy razem szarlotkę na święta, jak uczyła mnie jeździć na rowerze w parku Skaryszewskim…

Rano mama już się nie obudziła.

Pogrzeb był skromny. Przyszło kilka sąsiadek, ciotka Basia z Radomia i kuzyn Tomek z żoną. Ojciec stał z boku, trzymając w rękach biały goździk. Patrzyłam na niego i czułam w sobie pustkę.

Po wszystkim wróciłam do pustego mieszkania. W kuchni nadal stały dwa kubki – jeden mój, drugi mamy. Usiadłam przy stole i rozpłakałam się jak dziecko.

Przez kolejne tygodnie żyłam jak automat. Chodziłam do pracy w bibliotece na Ochocie, wracałam do domu i patrzyłam w sufit. Czułam się samotna jak nigdy wcześniej.

Pewnego dnia zadzwonił ojciec.

– Zosiu… czy możemy się spotkać?

Nie chciałam. Ale coś mnie tknęło. Może to była ta obietnica dana mamie? Spotkaliśmy się w kawiarni „Relaks” na Puławskiej. Siedział naprzeciwko mnie, nerwowo mieszając herbatę.

– Wiem, że nie mogę cofnąć czasu – zaczął cicho. – Ale chciałbym spróbować być częścią twojego życia… jeśli mi pozwolisz.

Patrzyłam na niego długo. Widziałam w nim człowieka złamanego przez życie, pełnego żalu i tęsknoty.

– To nie będzie łatwe – powiedziałam w końcu. – Ale możemy spróbować.

Od tamtej pory spotykaliśmy się raz w tygodniu. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym: o pracy, o książkach, o tym, co lubi jeść na śniadanie. Powoli zaczynałam go poznawać na nowo.

Ale przeszłość nie dawała o sobie zapomnieć. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie jego druga żona – pani Ewa.

– Zosiu, Andrzej jest chory… Ma problemy z sercem. Bardzo się o niego martwię.

Poczułam ukłucie litości i gniewu jednocześnie. Czy teraz miałam być tą dobrą córką? Czy miałam wybaczyć wszystko tylko dlatego, że on też jest chory?

Zadzwoniłam do ciotki Basi.

– Co mam robić? – zapytałam rozpaczliwie.

– Zosiu… życie jest za krótkie na żale – odpowiedziała spokojnie. – Wybacz mu dla siebie samej.

Wieczorem poszłam do ojca do szpitala na Banacha. Leżał tam blady i słaby, ale uśmiechnął się na mój widok.

– Dziękuję, że przyszłaś…

Usiadłam przy jego łóżku i po raz pierwszy od lat poczułam spokój.

Dziś minął rok od śmierci mamy. Często myślę o niej – o jej sile i czułości. O tym, jak bardzo chciała nas pogodzić. Czasem wydaje mi się, że słyszę jej głos: „Zosia, życie to nie tylko ból… to też nadzieja.”

Czy naprawdę można wybaczyć wszystko? Czy rodzina jest silniejsza niż przeszłość? Może to właśnie wy powinniście mi odpowiedzieć…