Pięć lat ciszy: Historia matki, która nie przestała szukać swojej córki

– Nie wierzę ci, mamo! – krzyknęła Zuzanna, trzaskając drzwiami mojego mieszkania na warszawskim Mokotowie. To był ostatni raz, kiedy widziałam moją córkę. Miała wtedy dwadzieścia sześć lat, była pełna życia i planów. Wyszła z domu z plecakiem, w którym zmieściła tylko kilka rzeczy na weekendowy wyjazd z nowym chłopakiem. Nazywał się Adrian Maj, był przystojny, elokwentny i… od początku coś mi w nim nie pasowało. Ale Zuzanna była dorosła, a ja nie chciałam być tą matką, która kontroluje każdy krok swojego dziecka.

Minęło pięć lat. Pięć lat ciszy, niepewności i bólu, który rozdziera mnie od środka. Policja umyła ręce po kilku miesiącach. „Dorosła osoba ma prawo zniknąć” – powtarzali mi w komisariacie na Wilczej. Ale ja wiedziałam, że coś jest nie tak. Zuzanna nigdy nie zostawiłaby mnie bez słowa. Nie wyjechałaby bez pożegnania z babcią, nie porzuciłaby swojej pracy w bibliotece na Ochocie. Coś się stało. Coś strasznego.

Pierwsze miesiące były najgorsze. Nie spałam, nie jadłam, chodziłam po mieście z jej zdjęciem, pytałam ludzi na dworcach, w barach mlecznych, nawet w kościołach. Rozklejałam plakaty, pisałam posty na Facebooku i forach dla zaginionych. Mój mąż, Andrzej, zamknął się w sobie. „Musisz pogodzić się z tym, Ela” – mówił cicho, unikając mojego wzroku. Ale jak matka może się pogodzić z czymś takim?

W końcu zaczęłam szukać na własną rękę. Przeszukiwałam jej komputer, czytałam stare wiadomości na Messengerze. Znalazłam tam rozmowy z Adrianem – pełne czułości, ale też dziwnych niedopowiedzeń. „Nie mów nikomu o tym wyjeździe”, „Zaufaj mi, Zuza”. Coś mi tu nie grało. Zaczęłam drążyć temat Adriana. Okazało się, że nikt z jego znajomych nie znał jego rodziny. Jego adres zamieszkania był fałszywy.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie sąsiadka z bloku naprzeciwko.
– Pani Elżbieto, widziałam Zuzę tamtego dnia. Wsiadała do czarnego BMW z obcym facetem.
– To był Adrian? – zapytałam z nadzieją.
– Nie wiem… Ale wyglądał groźnie.

Zgłosiłam to policji – bez skutku. W końcu zaczęłam szukać pomocy u prywatnych detektywów. Jeden z nich, pan Marek, był byłym policjantem. To on odkrył pierwszą poważną wskazówkę: Adrian Maj był poszukiwany przez CBŚ za udział w międzynarodowej grupie przestępczej zajmującej się handlem ludźmi i narkotykami.

Serce mi stanęło. Czy moja córka była tylko pionkiem w jego grze? Czy wyjechała z nim dobrowolnie? Czy została porwana?

Przez kolejne lata żyłam jak w amoku. Każda wiadomość o znalezionych zwłokach młodej kobiety powodowała u mnie atak paniki. Każdy telefon po północy sprawiał, że serce podchodziło mi do gardła. Andrzej coraz częściej nocował poza domem. Nasze małżeństwo zaczęło się rozpadać pod ciężarem tej tragedii.

Pewnego dnia znalazłam w skrzynce list bez nadawcy. W środku była kartka z napisem: „Przestań szukać”. Przestraszyłam się, ale jednocześnie poczułam nową siłę. Ktoś wiedział więcej niż ja.

Zaczęłam jeździć po Polsce – do Łodzi, Poznania, nawet do Gdańska – wszędzie tam, gdzie ktoś zgłaszał podobne przypadki zaginięć młodych kobiet. Poznałam inne matki – wszystkie miały ten sam pusty wzrok i tę samą nadzieję w głosie.

W międzyczasie wyszły na jaw rodzinne sekrety. Okazało się, że Andrzej miał romans od kilku lat. Moja teściowa oskarżyła mnie o to, że „rozpuściłam Zuzę” i „pozwoliłam jej na wszystko”. Nawet mój syn Michał przestał ze mną rozmawiać – miał dość życia w cieniu tragedii siostry.

Ale ja nie mogłam przestać szukać.

Po czterech latach od zaginięcia Zuzy dostałam anonimową wiadomość na WhatsAppie: „Twoja córka żyje”. Było tam zdjęcie – rozmazane, ale byłam pewna: to była ona! Stała gdzieś na dworcu autobusowym w Berlinie.

Pojechałam tam natychmiast. Przez tydzień spałam na ławkach i rozmawiałam z bezdomnymi Polakami. Nikt jej nie widział. Policja niemiecka była uprzejma, ale bezradna.

Wróciłam do Warszawy wykończona psychicznie i fizycznie. Andrzej wyprowadził się do swojej kochanki. Michał wyjechał do Irlandii „zacząć nowe życie”. Zostałam sama w pustym mieszkaniu pełnym zdjęć Zuzy i jej ulubionych książek.

Czasami myślę, że zwariowałam przez te lata. Ale potem przypominam sobie jej śmiech, jej zapach po deszczu i to, jak zawsze mówiła: „Mamo, wszystko będzie dobrze”.

Dziś mija dokładnie pięć lat od jej zaginięcia. Siedzę przy kuchennym stole i patrzę na stare zdjęcie: ja, Andrzej i Zuza na Mazurach. Uśmiechamy się do siebie jakby nic złego nie mogło nas spotkać.

Czy zrobiłam wszystko, co mogłam? Czy powinnam była bardziej ją chronić? A może powinnam w końcu pogodzić się z tym, że już nigdy jej nie zobaczę?

Nie wiem… Ale jedno wiem na pewno: matka nigdy nie przestaje szukać swojego dziecka – nawet jeśli cały świat mówi jej, żeby dała sobie spokój.