Powrót do domu bez łóżeczka: Historia o rozczarowaniu, nadziei i sile matki

– Naprawdę nie mogłeś tego zrobić? – wyszeptałam przez zaciśnięte zęby, stojąc w progu naszego mieszkania z noworodkiem w ramionach.

Marek nawet nie spojrzał mi w oczy. Stał przy drzwiach, wciąż w garniturze, z telefonem przy uchu. – Przecież mówiłem, że damy radę. Nie panikuj, Anka – rzucił, jakby to była najzwyklejsza sprawa na świecie.

Ale ja już nie miałam siły. Po trzech dobach w szpitalu, po porodzie, który był daleki od wymarzonego, po tych wszystkich nocach spędzonych na słuchaniu płaczu innych dzieci i czekaniu na własne maleństwo – wróciłam do domu, który był pusty. Nie było łóżeczka. Nie było przewijaka. Nawet tych kilku śpioszków, które prosiłam, żeby wyprał i przygotował. Nic.

Wzięłam głęboki oddech. W mieszkaniu unosił się zapach kawy i papierosów. Marek musiał tu być rano, zanim pojechał do pracy. Oparłam się o ścianę i poczułam, jak łzy napływają mi do oczu.

– Marek, gdzie są rzeczy dla dziecka? – spytałam cicho.

Westchnął ciężko. – No przecież mówiłem, że wszystko ogarniemy. Po co się tak spinasz? Przecież to nie koniec świata.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. – To jest nasze dziecko! Nasz syn! Miałeś wszystko przygotować!

Zaczął się tłumaczyć: – W pracy był Sajgon, szef nie dał mi wolnego… Wiesz, jak jest. Poza tym… przecież ty jesteś na macierzyńskim.

Zacisnęłam pięści. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam – mały spał mi na rękach. Przeszłam do pokoju i usiadłam na kanapie. Położyłam synka obok siebie na kocu. Był taki maleńki, bezbronny. Zrobiło mi się go żal. I siebie też.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Marek przeglądał coś w telefonie. Ja patrzyłam na swoje dziecko i czułam narastającą złość.

– Wiesz co? – zaczęłam cicho, ale stanowczo. – Ja już nie mam siły być tą, która wszystko ogarnia. Prosiłam cię tylko o jedno: żebyś przygotował dom na powrót naszego syna.

Marek wzruszył ramionami. – Przesadzasz.

Wtedy coś we mnie pękło.

– Przesadzam? To ty przesadzasz z tym swoim wiecznym „jakoś to będzie”! Ja już nie chcę być sama w tym wszystkim!

Nie odpowiedział. Wyszedł do kuchni i zamknął za sobą drzwi.

Zostałam sama z dzieckiem i własnymi myślami. Przez chwilę miałam ochotę zadzwonić do mamy, ale wiedziałam, że usłyszę tylko: „A nie mówiłam? Marek nigdy nie był odpowiedzialny”. Zawsze powtarzała mi to samo od dnia naszego ślubu.

Przypomniałam sobie nasze początki – jak Marek potrafił być czuły, jak potrafił mnie rozśmieszyć nawet w najgorszy dzień. Ale od kiedy dostał awans w tej przeklętej korporacji, wszystko się zmieniło. Praca była zawsze ważniejsza ode mnie, od nas.

Spojrzałam na synka i poczułam falę bezsilności. Jak mam być dobrą matką w świecie, gdzie nawet najbliższa osoba mnie zawodzi?

Telefon zadzwonił. To była moja siostra, Kasia.

– I jak? Już jesteście w domu? – zapytała radośnie.

Nie wytrzymałam i rozpłakałam się w słuchawkę.

– Anka… co się stało?

Opowiedziałam jej wszystko – o pustym mieszkaniu, o braku łóżeczka, o Marku i jego wiecznym „nie mam czasu”.

– Słuchaj – powiedziała stanowczo – zaraz przyjadę. Przywiozę ci kilka rzeczy po Maćku. I pogadamy sobie z Markiem.

Poczułam ulgę i jednocześnie wstyd. Że muszę prosić o pomoc własną siostrę, bo mój mąż nie potrafi stanąć na wysokości zadania.

Kasia przyjechała po godzinie z wielką torbą ubranek i przenośnym łóżeczkiem turystycznym.

– No to co? Gdzie ten twój bohater? – rzuciła ironicznie.

Marek wyszedł z kuchni i spojrzał na Kasię spode łba.

– Oho! Widzę, że rodzina już się zjeżdża… – mruknął pod nosem.

Kasia nie dała się sprowokować.

– Marek, ty naprawdę nie rozumiesz powagi sytuacji? Anka wraca ze szpitala z dzieckiem i nie ma nawet gdzie go położyć! Co ty sobie myślisz?

Marek wzruszył ramionami i wyszedł z mieszkania bez słowa.

Zostałyśmy same.

– Anka… musisz coś z tym zrobić – powiedziała Kasia cicho. – On cię niszczy.

Popatrzyłam na nią bezradnie.

– Ale ja go kocham… Albo raczej kochałam tego Marka sprzed lat…

Kasia przytuliła mnie mocno.

– Masz teraz siebie i synka. I masz mnie. Damy radę.

Przez kolejne dni żyliśmy jakby obok siebie. Marek wracał późno z pracy, unikał rozmów. Ja zajmowałam się synkiem i próbowałam nie myśleć o tym wszystkim, co mnie boli.

Pewnego wieczoru usiadłam przy oknie z kubkiem zimnej herbaty i zaczęłam pisać list do Marka. Chciałam mu powiedzieć wszystko: o moim strachu, samotności, o tym, jak bardzo mnie zawiódł. Ale nie miałam odwagi mu go dać.

Minęły tygodnie. Marek coraz częściej nocował u kolegi „bo projekt”, coraz rzadziej pytał o syna. Ja nauczyłam się radzić sobie sama – dzięki Kasi i mamie miałam wszystko, czego potrzebowało moje dziecko.

Ale serce bolało coraz bardziej.

Któregoś dnia Marek wrócił wcześniej niż zwykle. Był pijany.

– Wiesz co? Może ty powinnaś sobie kogoś znaleźć… Takiego co ci będzie prał te śpioszki! – wykrzyczał mi prosto w twarz.

Zamarłam. Spojrzałam mu prosto w oczy i poczułam dziwny spokój.

– Może masz rację – odpowiedziałam cicho.

Następnego dnia spakowałam kilka rzeczy dla siebie i synka i pojechałam do mamy na wieś pod Radomiem. Tam pierwszy raz od miesięcy poczułam się bezpieczna.

Mama przyjęła nas bez słowa wyrzutu. Pomagała mi przy dziecku, gotowała rosół i opowiadała historie ze swojego dzieciństwa.

Zaczęłam powoli wracać do siebie. Zrozumiałam, że nie mogę budować życia na czyimś „jakoś to będzie”.

Marek dzwonił kilka razy, przepraszał, obiecywał poprawę. Ale ja już wiedziałam, że muszę być silna dla siebie i dla synka.

Dziś mija rok od tamtego dnia. Mieszkamy z synkiem w małym mieszkaniu w Radomiu. Pracuję zdalnie jako księgowa dla lokalnej firmy transportowej. Kasia często nas odwiedza, mama dzwoni codziennie.

Czasem patrzę na swoje odbicie w lustrze i pytam siebie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy gdybym była bardziej stanowcza wcześniej, Marek by się zmienił? Czy każda kobieta musi przejść przez taki dramat, żeby odnaleźć własną siłę?

A wy? Jak myślicie – czy warto walczyć za wszelką cenę o rodzinę? Czy czasem lepiej po prostu odejść?