Sprzedaj mieszkanie, żeby zadowolić rodzinę? Moja walka o dom i godność
— Dlaczego mam sprzedawać mieszkanie, żeby zadowolić twoją rodzinę? — wykrzyczałam, czując jak głos mi drży, a w oczach zbierają się łzy. Stałam w kuchni, jeszcze w kurtce, z torbą pełną zakupów na podłodze. Przed chwilą wróciłam z pracy, marząc o chwili spokoju, a zamiast tego usłyszałam przez drzwi, jak mój mąż, Michał, rozmawia z matką o sprzedaży naszego mieszkania. Naszego — nie jego.
— Mamo, muszę kończyć — powiedział Michał do telefonu, gdy tylko mnie zobaczył. Odłożył aparat i spojrzał na mnie niepewnie. — To nie tak, jak myślisz, Aniu.
— A jak? — spytałam lodowato. — Bo ja słyszałam bardzo wyraźnie: „sprzedać mieszkanie”, „pomóc Krzyśkowi”.
Michał spuścił głowę. — Krzysiek ma poważne kłopoty. Zaciągnął kredyt na firmę, wszystko się posypało. Grozi im komornik. Mają dwójkę dzieci…
— A my co? — przerwałam mu. — My nie mamy dzieci? Nie mamy kredytu? Nie mamy prawa do własnego życia?
Przez chwilę milczeliśmy. W kuchni pachniało jeszcze poranną kawą, a ja czułam, jak grunt usuwa mi się spod nóg.
— Aniu, to tylko rozmowa…
— Rozmowa za moimi plecami! — podniosłam głos. — Przez dwadzieścia dwa lata wszystko robiliśmy razem. Każdą decyzję podejmowaliśmy wspólnie. A teraz chcesz sprzedać dom mojego życia, bo Krzysiek znowu coś przeskrobał?
Michał westchnął ciężko i usiadł przy stole. — Mama uważa, że to jedyne wyjście. Że powinniśmy pomóc rodzinie.
— Twoja mama uważa… A ja? Ja się nie liczę?
Wybiegłam do sypialni i zatrzasnęłam drzwi. Przez godzinę siedziałam na łóżku, ściskając poduszkę i próbując nie płakać. Przed oczami miałam obrazy: jak malowaliśmy razem ściany w tym mieszkaniu, jak dzieci stawiały pierwsze kroki na naszym parkiecie, jak świętowaliśmy tu każde Boże Narodzenie. To nie był tylko lokal — to był mój dom.
Następnego dnia atmosfera była gęsta jak śmietana. Michał chodził po domu cicho jak cień. Telefon dzwonił co chwilę — raz matka Michała, raz jego siostra Renata. W końcu odebrałam jeden z telefonów.
— Aniu, musisz zrozumieć… — zaczęła teściowa bez przywitania. — Krzysiek jest w dramatycznej sytuacji. Jego dzieci mogą trafić na bruk!
— A moje dzieci? — zapytałam spokojnie. — Gdzie one mają trafić?
— Ale wy sobie poradzicie! Jesteście młodzi, pracujecie… Możecie kupić coś mniejszego.
— Może to wy sprzedajcie swoje mieszkanie i zamieszkajcie z Krzyśkiem? — odparowałam.
W słuchawce zapadła cisza.
Wieczorem Michał próbował rozmawiać.
— Aniu… Ja wiem, że to trudne. Ale Krzysiek to mój brat.
— A ja jestem twoją żoną! — wybuchłam. — I nie pozwolę ci decydować o moim życiu bez mojego udziału!
Przez kolejne dni dom zamienił się w pole bitwy. Dzieci — Zosia i Kuba — wyczuwały napięcie i zamykały się w swoich pokojach. Ja chodziłam roztrzęsiona do pracy i wracałam do domu z bólem głowy. Michał coraz częściej nocował u matki pod pretekstem „pomocy Krzyśkowi”.
W końcu nie wytrzymałam. W niedzielę rano pojechałam do teściowej na warszawskie Bielany.
Drzwi otworzyła mi Renata.
— O, Ania… Nie spodziewałyśmy się ciebie.
— Chciałam porozmawiać z całą rodziną — powiedziałam twardo.
W salonie siedzieli już: teściowa Jadwiga, Krzysiek z żoną Martą i dwójką dzieci oraz Michał. Wszyscy spojrzeli na mnie zaskoczeni.
— Skoro już tu jestem, powiedzcie mi prosto w oczy: dlaczego moje dzieci mają stracić dom przez błędy Krzyśka? Dlaczego ja mam zaczynać od nowa po pięćdziesiątce?
Krzysiek spuścił wzrok.
— Aniu… Ja wiem, że to niesprawiedliwe… Ale nie mam już nikogo innego…
— A my co? Mamy być waszym bankomatem? Ile razy już pomagaliśmy? Pamiętasz, Michał, jak oddaliśmy im nasze oszczędności na wakacje? Jak pożyczyliśmy na samochód? Czy kiedykolwiek coś wróciło?
Teściowa zaczęła płakać.
— Dzieci nie mogą cierpieć przez błędy dorosłych…
— To prawda! — przerwałam jej ostro. — Dlatego moje dzieci nie stracą domu przez waszą nieodpowiedzialność!
Michał patrzył na mnie ze łzami w oczach.
— Aniu… Ja… Nie wiedziałem już co robić… Mama naciskała… Krzysiek błagał…
— A ja? Dlaczego mnie nie słuchałeś?
Wstałam i wyszłam bez słowa. Wróciłam do pustego mieszkania i długo siedziałam przy oknie, patrząc na światła miasta.
Następnego dnia Michał wrócił do domu wcześniej niż zwykle. Usiadł naprzeciwko mnie przy stole.
— Aniu… Przepraszam cię. Zrozumiałem jedno: rodzina jest ważna, ale najważniejsza jest ta, którą się wybiera każdego dnia. Ty i dzieci jesteście moją rodziną. Zadzwoniłem do Krzyśka i powiedziałem mu, że nie sprzedamy mieszkania. Że musi sam rozwiązać swoje problemy.
Popatrzyłam na niego długo.
— Czy naprawdę musieliśmy dojść aż tutaj? Czy naprawdę musiałam walczyć o własny dom z własnym mężem?
Michał ujął moją dłoń.
— Już nigdy więcej nie postawię nikogo ponad ciebie i nasze dzieci.
Przez chwilę milczeliśmy, a potem oboje się rozpłakaliśmy — pierwszy raz od lat razem.
Dziś wiem jedno: czasem trzeba postawić granicę nawet najbliższym. Bo jeśli sami siebie nie obronimy, nikt tego za nas nie zrobi. Czy wy też kiedyś musieliście walczyć o swoje miejsce na ziemi z tymi, którzy powinni być waszym wsparciem?