Szczeniak Nada i cisza po Andrzeju: jak jedno małe serce rozdarło naszą rodzinę, żeby ją potem zszyć

„Mamo, nie możesz tego zatrzymać. Przecież ty nawet nie śpisz po nocach, a co dopiero pies.”

Głos Piotra odbijał się od kafelków w kuchni jak od zimnej ściany. Stałam przy zlewie, w rękach trzymałam mokrą ściereczkę, której nie potrafiłam odłożyć, jakby była ostatnią rzeczą, która trzyma mnie w pionie. Na podłodze, tuż przy moich kapciach, siedziało maleństwo — brązowo-białe, z uszami za dużymi jak na resztę ciała. Patrzyło na mnie tak, jak nikt nie patrzył od dnia, kiedy Andrzej przestał oddychać.

„Piotr… ona jest taka mała,” wyszeptałam, a mój głos zabrzmiał obco, jakby należał do kogoś innego.

„Właśnie. Mała. A ty jesteś sama. I co, będziesz z nią latać po weterynarzach? W zimie? Po tych schodach?”

Wtedy Darek, mój wnuk, wszedł do kuchni jak burza. Miał na sobie kurtkę, z której kapała woda, bo na dworze lało jak z cebra. Włosy przykleiły mu się do czoła, a oczy błyszczały z uporem, który znałam aż za dobrze — to był upór Andrzeja.

„Tato, przestań. Babcia nie jest sama. Jest z nami. A ona… ona będzie z babcią. To jest Nada.”

„Nada?” Piotr prychnął. „Co to za imię dla psa?”

Darek uklęknął przy szczeniaku i pogłaskał go po łebku. „Bo babcia mówiła, że po śmierci dziadka została jej tylko… no… nadzieja. To Nada. Jak nadzieja.”

Słowo „śmierć” przecięło powietrze. Zrobiło się cicho, tak cicho, że usłyszałam tykanie zegara, który Andrzej kiedyś powiesił nad drzwiami. Ten zegar chodził nierówno od lat, ale Andrzej zawsze mówił: „Niech tyka, dopóki my tykamy.”

A my już nie tykaliśmy razem.

Minęło dziewięć miesięcy od pogrzebu. Dziewięć miesięcy, w których nauczyłam się robić herbatę dla jednej osoby, kroić chleb na jedną kromkę, zasypiać z radiem, żeby nie słyszeć własnych myśli. Piotr przyjeżdżał co kilka dni, czasem z Darkiem, czasem z młodszą wnuczką, Mają. Zawsze w pośpiechu, zawsze z listą spraw do załatwienia: rachunki, lekarz, apteka, „mamo, musisz jeść”, „mamo, musisz wyjść do ludzi”.

A ja wychodziłam. Do Biedronki, do kościoła, na cmentarz. Trzy punkty na mapie mojego nowego życia.

Tego dnia, kiedy Darek przyniósł Nadę, wróciłam właśnie z cmentarza. Miałam w torbie znicz i mały bukiet chryzantem, bo w kwiaciarni pani Halina powiedziała: „Pani Zosiu, takie ładne, świeże, jakby wiosna.” Wiosna. Dla mnie wiosna skończyła się razem z Andrzejem.

Weszłam do mieszkania i od razu poczułam coś dziwnego — zapach mokrej sierści, ziemi, deszczu. I ten cichy pisk, jakby ktoś prosił o uwagę.

„Co to jest?” zapytałam wtedy, zanim jeszcze zdążyłam zdjąć płaszcz.

Darek wyskoczył zza drzwi z pudełkiem po butach. „Niespodzianka!”

Piotr stał z boku, spięty, z miną człowieka, który już wie, że będzie awantura.

A ja… ja poczułam, jak coś we mnie pęka. Bo przez sekundę zobaczyłam Andrzeja. Nie naprawdę, tylko w pamięci: jak wracał kiedyś z pracy w zakładzie, zmarznięty, i przynosił mi małe rzeczy, żeby mnie rozśmieszyć — raz był to kwiatek z rowu, raz czekolada, raz stary piesek, którego ktoś wyrzucił pod sklepem.

„Zosiu, patrz, jaki biedak. Weźmiemy go?”

Wtedy wzięliśmy. I wtedy też Piotr był zły.

„Nie będziemy trzymać psa w bloku!” krzyczał jako nastolatek. „Śmierdzi! Będzie szczekał! Sąsiedzi się wkurzą!”

Andrzej tylko się śmiał. „Sąsiedzi zawsze się wkurzą, Piotrek. A pies przynajmniej będzie wierny.”

Pies wtedy żył krótko, bo był chory. I to była moja pierwsza lekcja, że miłość czasem boli od początku.

Teraz, kiedy patrzyłam na Nadę, poczułam ten sam ból, tylko mocniejszy. Bo nie chodziło o psa. Chodziło o to, że ktoś znowu wprowadzał do mojego życia coś żywego, co może odejść.

„Nie dam rady,” powiedziałam wtedy cicho.

Darek spojrzał na mnie, jakby go uderzyłam. „Babciu, ale… ty zawsze dajesz radę.”

Piotr od razu podchwycił. „Widzisz? Mówiłem. To nie jest dobry pomysł.”

A ja stałam między nimi, między synem a wnukiem, i nagle zrozumiałam, że to nie jest tylko spór o szczeniaka. To była wojna o to, jak mamy przeżywać żałobę. Piotr chciał, żebym była „rozsądna”, „spokojna”, „bezproblemowa”. Darek chciał, żebym znowu była żywa.

Pierwsza noc z Nadą była koszmarem. Płakała. Nie takim płaczem jak człowiek, ale tym cienkim, rozdzierającym piskiem, który wwierca się w głowę. Wstałam trzy razy. Za czwartym razem usiadłam na podłodze w salonie, oparłam się o kanapę i przytuliłam ją do siebie.

„Cicho, maleńka,” szeptałam. „Ja też się boję.”

I wtedy, w tej ciemności, przyszło to, czego unikałam od miesięcy. Wspomnienie ostatniej nocy Andrzeja.

Leżał w łóżku, oddychał ciężko. Ja siedziałam obok, trzymałam go za rękę. Piotr dzwonił po karetkę, a ja powtarzałam: „Andrzej, wytrzymaj, proszę.”

Andrzej spojrzał na mnie i powiedział coś, czego nie zapomnę: „Zosiu, nie bój się ciszy. Ona też jest częścią życia.”

A ja się bałam. Bałam się ciszy tak bardzo, że po jego śmierci włączałam telewizor nawet wtedy, kiedy nie oglądałam. Żeby tylko coś grało, żeby tylko nie słyszeć, że jestem sama.

Nada zasnęła w końcu na mojej piersi. Jej małe serce biło szybko, jakby goniło czas. I ja też goniłam czas, tylko nie wiedziałam po co.

Następnego dnia sąsiadka, pani Irena, zaczaiła się na klatce schodowej. Zawsze była pierwsza do plotek.

„Pani Zosiu, słyszałam, że pies!” powiedziała z tym swoim uśmiechem, który niby był miły, ale oczy miała jak kontroler biletów. „A regulamin wspólnoty… no wie pani.”

„Wiem,” odpowiedziałam, choć nie wiedziałam nic. Andrzej zawsze zajmował się takimi rzeczami.

„I jeszcze te schody… pani sama… a pies to obowiązek.”

„Tak,” powiedziałam, czując, jak rośnie we mnie złość. „Obowiązek.”

Wróciłam do mieszkania i zobaczyłam, że Nada pogryzła róg dywanu. Tego dywanu, który kupiliśmy z Andrzejem na raty, kiedy Piotr był mały. Usiadłam na krześle i nagle łzy same poleciały.

„Andrzej, ja nie umiem,” powiedziałam na głos, jakby był w drugim pokoju.

Wtedy zadzwonił Piotr.

„Mamo, jak tam?”

„Pogryzła dywan.”

„No i widzisz? Mówiłem. Oddaj ją, zanim się przywiążesz.”

„Piotr… ja już jestem przywiązana,” wyszeptałam.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Taka ciężka, jakby Piotr nagle zrozumiał, że nie chodzi o dywan.

„Mamo, ja… ja się boję, że ty się rozsypiesz,” powiedział w końcu. „Że jak coś się stanie temu psu, to ty… nie podniesiesz się.”

To było pierwsze szczere zdanie, jakie usłyszałam od niego od śmierci Andrzeja. Piotr zawsze był twardy. Po pogrzebie załatwiał formalności, biegał po urzędach, kłócił się z ZUS-em, bo coś źle naliczyli. A ja patrzyłam na niego i myślałam: „On nie płacze, bo nie może.”

„Piotrku,” powiedziałam, i pierwszy raz od dawna użyłam tego zdrobnienia. „Ja już się rozsypałam. Tylko ty tego nie widziałeś, bo sprzątałam po sobie w nocy.”

Przyjechał wieczorem. Wszedł do mieszkania, zobaczył Nadę i odruchowo się cofnął, jakby to była bomba.

„Podejdź,” powiedział Darek, który siedział na podłodze. „Ona nie gryzie. No… jeszcze.”

Piotr uklęknął niepewnie. Nada podeszła do niego, powąchała jego dłoń i polizała go po palcach. Piotr zamarł.

„Widzisz?” Darek uśmiechnął się triumfalnie. „Ona cię lubi.”

Piotr spojrzał na mnie. W jego oczach zobaczyłam coś, czego nie widziałam od lat — bezradność.

„Mamo… ja nie umiem z tobą o tym gadać,” powiedział cicho. „O tacie. O tym, że go nie ma.”

„Ja też nie umiem,” odpowiedziałam. „Ale może… może nie musimy umieć. Może wystarczy, że będziemy.”

Wtedy wydarzyło się coś głupiego i wielkiego jednocześnie. Nada zaczęła szczekać na drzwi. Ktoś pukał. Otworzyłam, a tam stała pani Irena z miną zwycięzcy.

„Pani Zosiu, ja tylko… bo pies szczeka. Ludzie mówią.”

Piotr wyszedł zza mnie. „Dzień dobry,” powiedział spokojnie, ale w jego głosie było coś twardego. „To jest pies mojej mamy. Jeśli są jakieś uwagi, proszę pisać do mnie. A jeśli pani chce pogadać, to może pani pogadać o tym, jak się pomaga sąsiadom, a nie jak się ich kontroluje.”

Pani Irena otworzyła usta, zamknęła, i poszła.

Zamknęłam drzwi i nagle zaczęłam się śmiać. Śmiać i płakać jednocześnie. Darek patrzył na mnie z szeroko otwartymi oczami.

„Babciu, wszystko okej?”

„Nie,” odpowiedziałam, ocierając łzy. „Ale pierwszy raz od dawna czuję, że żyję.”

Kolejne tygodnie były jak nauka chodzenia po lodzie. Nada sikała tam, gdzie nie trzeba. Budziła mnie o piątej rano. Ciągnęła smycz tak, że bolały mnie ręce. A ja, zamiast siedzieć w domu i patrzeć w ścianę, wychodziłam. Na podwórko, do parku, pod blok. Spotykałam ludzi. Panią Krysię z trzeciego piętra, która też była wdową i powiedziała: „Wie pani, ja po śmierci Staszka kupiłam kota. I dopiero wtedy przestałam mówić do ścian.”

Z Darkiem zaczęliśmy mieć swój rytuał. W soboty przychodził wcześniej, brał Nadę na spacer, a potem robiliśmy naleśniki. Maja czasem dołączała i śmiała się, że Nada ma „uszy jak anteny”.

A Piotr… Piotr powoli miękł. Pewnego dnia, kiedy myślał, że nie patrzę, usiadł na kanapie i pozwolił, żeby Nada położyła mu łeb na kolanach. Głaskał ją mechanicznie, jakby to była praca, ale w jego oczach było coś ciepłego.

„Tata by się śmiał,” powiedział nagle.

Zamarłam. „Z czego?”

„Z tego, że ja się bałem psa,” odpowiedział. „A teraz… teraz mi jakoś lżej, jak ona tu jest.”

Nie powiedziałam nic, bo bałam się, że jeśli otworzę usta, to wyleje się ze mnie cały ból. Zamiast tego wstałam, podeszłam do szafki i wyjęłam pudełko, którego nie otwierałam od pogrzebu. W środku były rzeczy Andrzeja: zegarek, stary portfel, zdjęcie z wakacji nad Bałtykiem, kiedy Piotr miał siedem lat.

„Chcesz zobaczyć?” zapytałam.

Piotr skinął głową. Usiadł obok mnie. Darek przysunął się z drugiej strony. Nada położyła się u naszych stóp, jakby pilnowała, żebyśmy się nie rozeszli.

Patrzyliśmy na zdjęcia, a ja opowiadałam. O tym, jak Andrzej zgubił klucze w Sopocie i udawał, że to „przygoda”. O tym, jak w Wigilię spalił pierogi, bo chciał mi pomóc. O tym, jak bał się lekarzy, ale i tak chodził, bo obiecał mi, że będzie walczył.

Piotr w końcu zapłakał. Cicho, bez szlochu, tylko łzy spływały mu po policzkach. Darek patrzył na niego z mieszaniną zdziwienia i ulgi, jakby zobaczył w ojcu człowieka, a nie tylko „tatę, który zawsze wie lepiej”.

„Przepraszam,” powiedział Piotr.

„Za co?”

„Za to, że chciałem, żebyś była silna tak, jak ja sobie to wymyśliłem,” odpowiedział. „A nie tak, jak ty naprawdę potrafisz.”

Wtedy zrozumiałam, że Nada nie była tylko prezentem. Była pretekstem. Małym, ciepłym pretekstem, żebyśmy w końcu dotknęli tego, czego się baliśmy: że żałoba nie jest czymś, co się „załatwia”, tylko czymś, co się niesie. I że czasem łatwiej nieść ją razem, nawet jeśli po drodze się kłócimy.

Dziś, kiedy idę z Nadą na spacer, ludzie czasem mówią: „Ale pani ma energię!” A ja się uśmiecham, bo nie wiedzą, że ta energia jest zrobiona z bólu, z miłości i z uporu. Z tego, że wstałam z podłogi tamtej nocy i przytuliłam małe stworzenie, które też się bało.

Czasem nadal siadam wieczorem przy oknie i myślę o Andrzeju. Cisza już mnie tak nie przeraża, ale wciąż potrafi zaboleć. Nada wtedy podchodzi, kładzie łeb na mojej stopie i wzdycha, jakby mówiła: „Jestem.”

I ja też wtedy mówię w myślach: „Jestem.”

Tylko powiedzcie mi… czy to normalne, że jedno małe serce potrafi otworzyć tyle starych ran, a jednocześnie dać tyle siły? I czy wy też czasem boicie się, że jeśli pokochacie znowu, to znów będzie bolało — ale mimo to nie umiecie przestać?