Tydzień bez snu: Jak mój mąż zniknął, a moje życie stanęło na głowie
– Gdzie on jest? – zapytała mama, patrząc na mnie z niepokojem, kiedy po raz kolejny wróciłam do domu bez żadnych wieści.
Nie miałam siły odpowiadać. Moje ciało drżało z wyczerpania, a w głowie huczało od pytań bez odpowiedzi. To był już piąty dzień, odkąd Michał zniknął. Piąty dzień bez snu, piąty dzień bez wiadomości, piąty dzień, w którym musiałam udawać przed naszą sześcioletnią Zosią, że wszystko jest w porządku.
– Mamo, czy tata wróci na dobranoc? – zapytała Zosia tego wieczoru, przytulając się do mnie mocno. Jej małe rączki były ciepłe i ufne, a ja czułam się jak oszustka.
– Oczywiście, kochanie – skłamałam, bo nie umiałam powiedzieć prawdy. Jak miałam jej powiedzieć, że nie wiem nawet, czy jej tata jeszcze żyje?
W kuchni mama krzątała się nerwowo. Od kiedy Michał zniknął, zamieszkała z nami. Twierdziła, że muszę mieć wsparcie. Ale jej obecność była jak sól na ranę. Każdego dnia powtarzała: „Mówiłam ci, że Michał jest za słaby na rodzinę. On nigdy nie był gotowy na odpowiedzialność.”
– Przestań! – wybuchłam któregoś wieczoru. – Nie wiesz nic o nim! Nie wiesz nic o nas!
Mama spojrzała na mnie z politowaniem. – Wiem tyle, ile trzeba. Facet, który znika bez słowa, zostawiając żonę i dziecko, nie zasługuje na litość.
Zacisnęłam pięści. Chciałam krzyczeć, płakać, rzucić czymś o ścianę. Ale nie mogłam. Musiałam być silna dla Zosi.
Każdej nocy leżałam w łóżku i słuchałam ciszy. Wpatrywałam się w sufit, licząc minuty do świtu. Próbowałam przypomnieć sobie ostatnią rozmowę z Michałem. Był zmęczony, przygnębiony. Ostatnio coraz częściej wracał późno z pracy, coraz mniej mówił. Znikał w swoim świecie, a ja nie umiałam do niego dotrzeć.
– Może powinniśmy porozmawiać – powiedziałam wtedy cicho.
– O czym? – rzucił obojętnie.
– O nas…
Wzruszył ramionami i wyszedł do drugiego pokoju. To była nasza ostatnia rozmowa.
Teraz siedziałam przy kuchennym stole i patrzyłam na jego kubek. Zawsze pił kawę z tego samego – biały z niebieskim paskiem. Stał tam nietknięty od tygodnia.
Telefon milczał. Policja powiedziała, że dorosły człowiek ma prawo zniknąć. Że może wróci za dzień lub dwa. Ale dni mijały i nic się nie zmieniało.
Zosia zaczęła się jąkać. Każdego ranka pytała o tatę coraz ciszej. Mama coraz częściej mówiła o rozwodzie, o tym, że muszę być twarda.
– On już nie wróci – powiedziała pewnego ranka stanowczo. – Musisz zacząć myśleć o przyszłości.
Nie chciałam jej słuchać. Wciąż miałam nadzieję.
Piątej nocy obudził mnie dźwięk telefonu. Serce podskoczyło mi do gardła.
– Halo?!
– Pani Anno? Tu policja. Mamy informację…
Zamarłam. Michał został znaleziony na dworcu w Katowicach. Był żywy, ale wyczerpany psychicznie i fizycznie. Nie chciał rozmawiać ani ze mną, ani z nikim innym.
Pojechałam po niego razem z mamą. Całą drogę milczałyśmy. Gdy zobaczyłam go siedzącego na ławce, wyglądał jak cień człowieka, którego kochałam.
– Michał…
Spojrzał na mnie pustym wzrokiem.
– Przepraszam – wyszeptał tylko.
Wróciliśmy do domu w milczeniu. Mama patrzyła na niego z pogardą.
– I co teraz? – zapytała mnie później w kuchni. – Będziesz udawać, że nic się nie stało?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Michał zamknął się w sobie jeszcze bardziej niż wcześniej. Przestał wychodzić z pokoju, nie rozmawiał ze mną ani z Zosią.
Zaczęły się plotki wśród sąsiadów. „Podobno Michał miał romans”, „Podobno stracił pracę”, „Podobno coś bierze”. Każdego dnia czułam na sobie ich spojrzenia.
Mama coraz częściej naciskała na rozwód.
– On cię niszczy! Patrz na Zosię! Ona cierpi!
Ale ja nie potrafiłam go zostawić. Wciąż pamiętałam te wszystkie dobre chwile: jak śmialiśmy się razem nad Wisłą podczas pierwszej randki; jak płakał ze szczęścia przy narodzinach Zosi; jak budował dla niej domek na drzewie w ogrodzie moich rodziców.
Któregoś dnia zebrałam się na odwagę i weszłam do jego pokoju.
– Michał… Proszę cię… Powiedz mi cokolwiek…
Siedział na łóżku skulony, patrząc w ścianę.
– Nie umiem… Nie potrafię być tym, kogo potrzebujecie…
Usiadłam obok niego i zaczęłam płakać.
– Ale my cię potrzebujemy… Ja cię potrzebuję…
Nie odpowiedział. Tylko łzy spływały mu po policzkach.
Minęły kolejne tygodnie pełne ciszy i napięcia. Mama wyprowadziła się w końcu do siebie – nie mogła już patrzeć na naszą rodzinę w rozsypce.
Zosia przestała pytać o tatę. Stała się cicha i zamknięta w sobie.
Pewnego dnia Michał wyszedł z pokoju i powiedział:
– Muszę wyjechać na jakiś czas do sanatorium… Potrzebuję pomocy…
Nie protestowałam. Po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę pomieszaną ze smutkiem.
Teraz siedzę sama przy kuchennym stole i piszę te słowa. Zosia śpi w swoim pokoju, a ja zastanawiam się: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy można uratować kogoś, kto sam nie chce być uratowany?
Czasem myślę: ile rodzin wokół nas przeżywa podobne dramaty za zamkniętymi drzwiami? Czy naprawdę jesteśmy tak samotni w naszych problemach?