W cieniu obietnic: Ile kosztuje moja wolność?
— Lucyna, nie przesadzaj, przecież masz wszystko — głos mojej matki odbijał się echem w mojej głowie, gdy po raz kolejny próbowałam jej powiedzieć, że nie jestem szczęśliwa. Siedziałam przy kuchennym stole, patrząc na swoje dłonie, które drżały lekko. Za oknem szarzał listopadowy wieczór, a w domu panowała cisza, która bolała bardziej niż krzyk.
— Mamo, ja już nie mogę… — zaczęłam cicho, ale ona tylko machnęła ręką.
— Lucynka, masz dobrego męża, dom, pieniądze. Co ty jeszcze chcesz od życia? — jej słowa były jak zimny prysznic. Zawsze tak było. Oczekiwania. Wizerunek. Rodzina Nowaków nie mogła mieć skazy.
Mój mąż, Andrzej, był człowiekiem sukcesu. Przynajmniej tak wszyscy mówili. Pracował w banku, zarabiał dobrze, był szanowany. Ale nikt nie widział tego, co działo się za zamkniętymi drzwiami naszego domu na warszawskim Mokotowie. Nikt nie słyszał jego słów, które wbijały się we mnie jak szpilki:
— Znowu nie posprzątałaś kuchni? Co z ciebie za żona? — pytał z udawanym spokojem, ale ja wiedziałam, że zaraz wybuchnie. — Gdyby nie ja, mieszkałabyś w bloku z matką!
Wtedy milczałam. Zawsze milczałam. Bałam się sprzeciwić, bo wiedziałam, że to tylko pogorszy sprawę. Andrzej potrafił być czarujący dla innych, ale dla mnie był jak cień — zawsze obecny, zawsze gotowy do krytyki.
Pamiętam dzień naszego ślubu. Biała suknia, uśmiechy, życzenia szczęścia. Mama płakała ze wzruszenia, tata był dumny. Ja czułam tylko pustkę i strach. Ale nie mogłam się wycofać — przecież wszystko było już zaplanowane.
Lata mijały. Urodziłam dwójkę dzieci — Martę i Pawła. Dla nich starałam się być silna. Ale coraz częściej łapałam się na tym, że wieczorami płaczę w łazience, żeby nikt nie słyszał. Andrzej coraz częściej wracał do domu późno i coraz częściej wybuchał złością o drobiazgi.
— Nie rozumiesz, że to wszystko dla was? — krzyczał pewnego wieczoru, kiedy próbowałam mu powiedzieć, że dzieci boją się jego krzyków.
— Dla nas? Czy dla siebie? — zapytałam wtedy pierwszy raz w życiu odważnie.
Spojrzał na mnie tak, jakby zobaczył obcą osobę. Przez chwilę myślałam, że mnie uderzy. Ale tylko wyszedł z pokoju i trzasnął drzwiami.
Zaczęłam się zastanawiać: kim jestem? Czy jestem tylko żoną Andrzeja i matką dzieci? Czy mam prawo chcieć czegoś więcej?
Pewnego dnia spotkałam na placu zabaw starą koleżankę ze studiów — Magdę. Była rozwiedziona, mieszkała sama z córką i… wyglądała na szczęśliwą.
— Lucyna, co u ciebie? — zapytała z uśmiechem.
— Wszystko dobrze — skłamałam automatycznie.
Ale Magda spojrzała na mnie uważnie.
— Naprawdę? Bo wyglądasz na zmęczoną życiem.
Te słowa zabolały mnie bardziej niż wszystkie wyrzuty Andrzeja. Zaczęłyśmy spotykać się częściej. Magda opowiadała mi o swoim życiu po rozwodzie — o strachu, samotności, ale też o wolności.
— Najtrudniejszy jest pierwszy krok — powiedziała kiedyś. — Ale potem zaczynasz oddychać.
Zaczęłam marzyć o tym, żeby oddychać pełną piersią. Ale bałam się. Bałam się opinii rodziny, bałam się reakcji Andrzeja, bałam się o dzieci.
Pewnego wieczoru Marta przyszła do mnie do pokoju.
— Mamo… czemu tata na ciebie krzyczy? — zapytała cicho.
Zamarłam. Moje dziecko widziało więcej niż myślałam.
— Bo tata jest czasem smutny i nie radzi sobie z emocjami — odpowiedziałam wymijająco.
Ale Marta spojrzała na mnie poważnie:
— Ja nie chcę być taka jak ty, mamo.
Te słowa przebiły moją skorupę lęku. Zrozumiałam, że jeśli nic nie zmienię, moje dzieci nauczą się żyć w cieniu cudzych oczekiwań i strachu.
Zaczęłam szukać pomocy. Najpierw poszłam do psychologa. Potem zadzwoniłam do Magdy i poprosiłam ją o wsparcie. W końcu powiedziałam Andrzejowi:
— Chcę rozwodu.
Myślałam, że świat się zawali. On najpierw wyśmiał mnie:
— Ty? Sama sobie nie poradzisz! Kto cię będzie chciał?
Ale ja już wiedziałam swoje. Bałam się każdego dnia, ale z każdym kolejnym krokiem czułam się silniejsza.
Rodzina była w szoku. Mama płakała:
— Co ludzie powiedzą? Zrujnujesz nam reputację!
Ale ja już nie chciałam żyć dla innych.
Rozwód był trudny. Walka o dzieci wyczerpująca psychicznie i fizycznie. Były dni, kiedy chciałam się poddać. Ale wtedy przypominałam sobie słowa Marty: „Nie chcę być taka jak ty”.
Dziś mieszkam z dziećmi w małym mieszkaniu na Ursynowie. Nie mam już luksusów ani złotej klatki. Mam za to spokój i poczucie własnej wartości.
Czasem budzę się w nocy zlękniona — czy dobrze zrobiłam? Czy dzieci będą szczęśliwe? Ale potem patrzę na Martę i Pawła śpiących spokojnie i wiem, że warto było zawalczyć o siebie.
Czy naprawdę musimy poświęcać własne szczęście dla cudzych oczekiwań? Ile jeszcze kobiet będzie milczeć w imię „dobra rodziny”? Może ktoś z Was odnajdzie w mojej historii odwagę do pierwszego kroku…