„Wystarczy mi jeden wnuk!” – Jak słowa mojej teściowej rozbiły naszą rodzinę

– Anna, naprawdę… wystarczy mi jeden wnuk – powiedziała teściowa, patrząc na mnie przez stół kuchenny, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Siedziałam z filiżanką herbaty w dłoniach, a w moim brzuchu poruszył się drugi syn, jeszcze nienarodzony. W tej chwili poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przez chwilę miałam ochotę po prostu wstać i wyjść, ale zostałam, bo nie chciałam robić sceny przy moim trzyletnim synku, Kubusiu, który bawił się klockami na dywanie.

– Mamo, dlaczego babcia tak mówi? – zapytał mnie później Kubuś, kiedy wracaliśmy do domu. Nie umiałam mu odpowiedzieć. Jak wytłumaczyć dziecku, że niektórzy dorośli potrafią być okrutni nawet wobec tych, których powinni kochać najbardziej?

Mój mąż, Michał, wrócił późno z pracy. Siedziałam już w sypialni, próbując powstrzymać łzy. Kiedy wszedł, spojrzał na mnie z troską.

– Co się stało? – zapytał cicho.

– Twoja mama… powiedziała mi dzisiaj, że wystarczy jej jeden wnuk. Że nie potrzebuje drugiego – wyszeptałam.

Michał westchnął ciężko i usiadł obok mnie na łóżku.

– Wiesz, jaka ona jest… Zawsze miała swoje ulubione osoby. Ale nie przejmuj się tym. Najważniejsze jesteśmy my i nasze dzieci.

Chciałam mu uwierzyć. Naprawdę chciałam. Ale przez kolejne dni czułam się coraz gorzej. Teściowa zaczęła coraz częściej odwiedzać nasz dom, ale zawsze skupiała się tylko na Kubusiu. Przynosiła mu prezenty, zabierała na spacery, a mnie traktowała jak powietrze. O mojej ciąży nie wspominała ani słowem, jakby drugie dziecko nie istniało.

Zaczęłam unikać spotkań rodzinnych. Czułam się coraz bardziej samotna i niezrozumiana. Michał próbował mnie pocieszać, ale widziałam, że i on jest rozdarty między mną a matką. Zaczęliśmy się kłócić o drobiazgi – o to, kto odbierze Kubusia z przedszkola, o zakupy, o to, czy powinniśmy zaprosić teściową na święta.

Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę Michała z matką przez telefon:

– Mamo, proszę cię… Anna jest w ciąży. Nie możesz jej tak traktować.

– Michałku, ja po prostu nie rozumiem, po co wam drugie dziecko. Kubuś jest taki cudowny! Po co komplikować sobie życie?

Zacisnęłam pięści ze złości. Czy naprawdę tak trudno było jej zaakceptować fakt, że nasze życie to nasza sprawa? Że mamy prawo do szczęścia i do rodziny takiej, jaką chcemy?

Kiedy urodził się Staś, wszystko stało się jeszcze trudniejsze. Teściowa przyszła do szpitala tylko na chwilę – wręczyła mi kwiaty i nawet nie spojrzała na noworodka. Później odwiedzała nas coraz rzadziej. Kubuś zaczął pytać: „Dlaczego babcia już nie przychodzi?”

Zaczęłam obwiniać siebie za wszystko. Może rzeczywiście powinnam była zostać przy jednym dziecku? Może Staś był błędem? Te myśli były jak trucizna – zatruwały każdy dzień.

Pewnego dnia Staś zachorował – wysoka gorączka, kaszel, płacz bez przerwy. Michał był w delegacji. Sama musiałam jechać z nim do szpitala. Siedząc na zimnym krześle w poczekalni izby przyjęć, zadzwoniłam do teściowej – z desperacji.

– Pani Zofio… Staś jest chory. Czy mogłaby pani przyjechać do Kubusia? Ja muszę zostać z młodszym synkiem w szpitalu.

– Anna… ja nie wiem… Ja nie czuję się na siłach – odpowiedziała chłodno.

Wtedy coś we mnie pękło. Poczułam gniew i żal tak wielki, że aż zabrakło mi tchu.

– Wie pani co? Nie musi pani już więcej przychodzić! Poradzimy sobie sami! – krzyknęłam i rozłączyłam się.

Po tej rozmowie przestałam czekać na jej akceptację. Skupiłam się na swoich dzieciach i na sobie. Michał próbował naprawić relacje z matką, ale ja już nie miałam siły walczyć o coś, co nigdy nie było prawdziwe.

Minęły miesiące. Staś wyzdrowiał, Kubuś dorósł i przestał pytać o babcię. W naszym domu zrobiło się ciszej – bez ciągłych wizyt teściowej było spokojniej, choć czasem czułam pustkę tam, gdzie kiedyś była rodzina.

W Wigilię zadzwoniła do nas Zofia.

– Anna… czy mogę przyjść? Chciałabym zobaczyć chłopców.

Spojrzałam na Michała. W jego oczach widziałam nadzieję i lęk jednocześnie.

– Przyjdź – powiedziałam cicho.

Przyszła z prezentami dla obu chłopców. Usiadła przy stole i przez chwilę patrzyła na Stasia z dziwnym wyrazem twarzy.

– Przepraszam… – wyszeptała nagle. – Nie umiałam zaakceptować tego wszystkiego. Bałam się… że stracę Kubusia… że nie będę już ważna…

Nie odpowiedziałam od razu. W moim sercu było jeszcze wiele bólu i żalu. Ale wiedziałam jedno: rodzina to nie tylko krew i więzy – to też wybory i przebaczenie.

Czasem zastanawiam się: czy można naprawdę wybaczyć komuś tak głęboko raniące słowa? Czy rodzina zawsze zasługuje na drugą szansę? Może każdy z nas nosi w sobie rany, których inni nigdy nie zobaczą…