„Zemsta Joanny: Jak jedna matka rozpaliła iskrę buntu na polskim folwarku”

– Pij, pani – syknęłam przez zaciśnięte zęby, mocniej ściskając jasne włosy Marianny. Jej niebieskie oczy wytrzeszczały się w przerażeniu i bólu, gdy gorzka, czarna ciecz spływała jej po gardle. – Pij mleko zemsty, którego odmówiłaś mojemu synowi.

Moje serce już nie znało strachu. Biło tylko rytmem bólu i wściekłości, która paliła mnie od środka jak ogień świętojański. Trzy dni temu Marianna, opętana zazdrością i podszeptami o czarach, wyrwała mi z ramion mojego ośmiomiesięcznego Janka. Ignorując moje błagania, z nienawiścią w oczach rzuciła go na pożarcie swoim psom.

Psy rozszarpały mojego synka w kilka sekund. Dla mnie trwało to wieczność. Mój świat się rozpadł. Zostałam tylko ja i pustka.

Teraz, w ciemnej kuchni folwarku pod Radomiem, patrzyłam na konające ciało Marianny. Z jej ust i nosa sączyła się czarna krew i żółta ropa. Otarłam dłonie o brudny fartuch, na którym już zaschła krew i żółć. Janek był pomszczony.

Ale zemsta ma swoją cenę. Usłyszałam ciężkie kroki Tomasza, okrutnego ekonoma. Wciąż ściskałam nóż kuchenny. Nie było czasu na wahanie. Przez boczne drzwi wybiegłam w noc, do ogrodu ziół.

Z cienia wyłoniła się Magdalena – jej oczy błyszczały łzami i determinacją. – Joanno, musimy uciekać – szepnęła. – Józefa już powiadomiła resztę kobiet. Czekają w kaplicy św. Barbary.

Biegłyśmy przez ciemność, gdy z dworu rozległy się krzyki i dźwięk dzwonu alarmowego. Polowanie się zaczęło.

W kaplicy, ukrytej w lesie, czekały Józefa, młoda Łucja i siedem innych kobiet. Wszystkie miały twarze poorane cierpieniem – matki po stracie dzieci, żony po stracie mężów pod batem.

– Uciekać do lasu? – spytała Łucja z drżącym głosem. – Mój mąż zginął próbując ucieczki. Jeśli mamy umrzeć, wolę umrzeć walcząc.

Magdalena skinęła głową. – Samotna zemsta nic nie zmieni. Joanno, zrobiłaś to, o czym wszystkie marzyłyśmy. Ale musimy myśleć szerzej.

Milczałam długo, czując ciężar śmierci Marianny na sumieniu. W końcu podniosłam się.

– Zabicie Marianny nie zwróci mi Janka – powiedziałam głosem mocniejszym niż się spodziewałam. – Ale uświadomiło mi jedno: wmówiono nam, że nie mamy wyboru. To kłamstwo. Możemy stworzyć inną rzeczywistość.

Tej nocy narodził się spisek. Nie uciekniemy – będziemy walczyć.

Plan był szalony i niebezpieczny. Ukryję się w piwnicy pod stodołą. Józefa będzie powoli podtruwać ekonomów swoimi ziołami – osłabi ich, nie zabije. Łucja i jej córki będą posyłaczkami wiadomości zakodowanych w dziecięcych piosenkach. Magdalena spróbuje przekonać Sebastiana z młyna, który stracił trzech synów, by zebrał mężczyzn.

Przez trzy tygodnie folwark zmienił się nie do poznania. Tomasz i pięciu innych ekonomów zachorowało na tajemnicze choroby żołądka. Pan August, pogrążony w żałobie po żonie i alkoholu, prawie nie opuszczał pokoju. Poszukiwania mnie spełzły na niczym.

Sebastian zebrał potajemnie siedemnastu najsilniejszych i najbardziej zdesperowanych mężczyzn.

W czwartej tygodniu napięcie eksplodowało. Wieści o nieudanym buncie na sąsiednim majątku postawiły wszystkich właścicieli w stan gotowości. Tomasz, choć słaby, kazał wychłostać szesnastoletniego chłopca na postrach.

Gdy bat świszczał w powietrzu, Sebastian rzucił narzędzie pracy i ruszył do słupa:
– Dość! – powiedział spokojnie, ale stanowczo. – Nie będziemy już patrzeć jak katujecie nasze dzieci.

Tomasz uniósł bat na Sebastiana, ale zanim zdążył uderzyć, siedemnastu mężczyzn stanęło przy Sebastianie. Osiemdziesięciu innych przestało pracować i patrzyło w milczeniu.

Pan August wyszedł chwiejnym krokiem z dworu i zobaczył coś niewyobrażalnego: otwartą konfrontację. Mógł kazać strzelać swoim ludziom – ale to oznaczałoby ruinę finansową i masakrę.

Wtedy Magdalena pobiegła do piwnicy i wypuściła mnie na światło dzienne.

Razem wyszłyśmy na podwórze. Zapanowała cisza jak przed burzą.
– To ja zabiłam Mariannę – powiedziałam głośno tak, by wszyscy słyszeli. – Zabiła mojego syna rzucając go psom na pożarcie. Wymierzyłam sprawiedliwość jedyną dostępną nam ręką.

Spojrzałam prosto w oczy Augustowi:
– Możecie mnie pojmać i torturować. Ale to niczego nie zmieni – wszyscy tu straciliśmy za dużo.

Nastała cisza pełna napięcia.

Rozpoczęły się negocjacje – niemożliwe do przewidzenia jeszcze miesiąc wcześniej. August zaproponował eksperyment: koniec losowych chłost; rodziny nie będą rozdzielane przez sprzedaż; każda rodzina dostanie kawałek ziemi do uprawy na własny użytek w niedzielę; w zamian wydajność folwarku musi wzrosnąć o 20%.

Nie zostałam stracona – zamknięto mnie pod strażą w czworakach.

To był kompromis daleki od ideału, ale wszyscy przeżyliśmy tę noc. Folwark już nigdy nie był taki sam.

Czasem pytam siebie: czy zemsta naprawdę przynosi ukojenie? Czy można odbudować życie na gruzach takiej tragedii? Co wy byście zrobili na moim miejscu?