„Babcia zostawiła mi mieszkanie, teraz ja mam się nią opiekować”. Historia Olka z Warszawy, który musiał wybrać między własnym życiem a rodziną

– Olek, nie zapomnij zamknąć drzwi na dwa zamki! – Babcia spojrzała na mnie z tym swoim surowym wzrokiem, jakby od tego zależało nasze życie. Stałem w przedpokoju jej mieszkania na Ochocie, z kluczami w dłoni, a w głowie miałem mętlik. To był ten dzień, kiedy wszystko się zaczęło – dzień, w którym notariusz wręczył mi akt własności mieszkania po babci. Miałem 27 lat i czułem się jak dziecko, które dostało zabawkę, ale nie wie, jak się nią bawić.

Babcia Zofia miała wtedy prawie 80 lat, ale wciąż była pełna energii. Chodziła na spacery do parku Szczęśliwickiego, gotowała najlepszy rosół w Warszawie i potrafiła opowiadać historie z czasów wojny tak barwnie, że czułem się, jakbym tam był. Ale od kilku miesięcy coś się zmieniło. Zapominała, gdzie położyła okulary, myliła imiona wnuków, czasem nie poznawała sąsiadki z naprzeciwka. Mama mówiła: „To normalne na starość”, ale ja widziałem strach w oczach babci.

– Olek, a gdzie jest mój portfel? – zapytała pewnego wieczoru, przeszukując szuflady.
– Babciu, leży na stole. Sama go tam położyłaś przed chwilą.
– Ja? Niemożliwe…

Wtedy pierwszy raz pomyślałem: co będzie dalej? Czy będę musiał się nią opiekować? Przecież mam pracę – jestem grafikiem w agencji reklamowej. Mam swoje życie, plany, marzenia. Chciałem wyjechać do Berlina na staż. A tu nagle… odpowiedzialność.

Rodzina podzieliła się szybko. Mama – jej córka – mieszkała pod Warszawą i twierdziła, że nie da rady codziennie dojeżdżać. Wujek Marek od lat nie utrzymywał kontaktu z matką. Ciotka Basia miała swoje dzieci i wieczne pretensje do wszystkich. A ja? „Olek, babcia ci zapisała mieszkanie, to teraz twoja kolej” – usłyszałem od mamy. Jakby to była jakaś umowa: dostajesz klucze, dostajesz babcię.

Przez pierwsze tygodnie próbowałem pogodzić wszystko. Rano praca zdalna przy kuchennym stole babci, potem zakupy, gotowanie obiadu, pilnowanie leków. Wieczorem wracałem do siebie na Mokotów – o ile babcia nie zadzwoniła z pytaniem, gdzie jest i dlaczego nie ma jej portfela. Z czasem zaczęły się telefony o trzeciej nad ranem:

– Olek, ktoś chodzi po mieszkaniu! Słyszysz?
– Babciu, to tylko sąsiedzi nad nami…

Byłem coraz bardziej zmęczony. Praca zaczęła cierpieć. Szefowa pytała: „Olek, co się z tobą dzieje?”. Dziewczyna – Magda – miała dość moich ciągłych wymówek i odwoływanych spotkań. Pewnego dnia powiedziała:

– Albo twoja rodzina, albo ja. Nie mogę być zawsze na drugim miejscu.

Nie wiedziałem już, kim jestem. Wnukiem? Opiekunem? Synem? Facetem bez przyszłości?

Najgorszy był dzień, kiedy babcia wyszła z domu i nie wróciła przez kilka godzin. Znalazłem ją na przystanku autobusowym przy Grójeckiej – płakała i powtarzała: „Nie wiem, gdzie jestem”. Wtedy zrozumiałem: to już nie tylko zapominanie kluczy czy portfela. To początek końca.

Zadzwoniłem do mamy:
– Musimy coś zrobić. Ja nie dam rady sam.
– Olek, przecież masz mieszkanie! To twoja odpowiedzialność.
– Ale ja nie jestem pielęgniarzem! Mam swoje życie!
– Ja też mam swoje!

Rodzinne narady kończyły się kłótniami. Każdy miał wymówkę. Każdy chciał mieć rację. A ja czułem się coraz bardziej samotny.

Pewnego wieczoru usiadłem przy łóżku babci i zapytałem:
– Babciu… boisz się?
Spojrzała na mnie tymi swoimi mądrymi oczami i powiedziała cicho:
– Boję się zapomnieć ciebie.

Płakałem wtedy pierwszy raz od lat.

Zacząłem szukać pomocy – opiekunka środowiskowa? Za drogo. Dom opieki? „Jak możesz tak mówić!” – krzyczała ciotka Basia przez telefon. Znajomi radzili: „Sprzedaj mieszkanie i wynajmij coś dla siebie”. Ale jak miałem sprzedać miejsce pełne wspomnień?

Magda odeszła. Praca wisiała na włosku. Mama przestała odbierać telefony. Zostałem sam z babcią i jej coraz bardziej pustym spojrzeniem.

Któregoś dnia znalazłem ją siedzącą na podłodze w kuchni. Nie wiedziała, jak się tam znalazła. Wtedy podjąłem decyzję: muszę poprosić o pomoc profesjonalistów.

Zorganizowałem opiekunkę na kilka godzin dziennie. Zacząłem rozmawiać z psychologiem – dla siebie i dla babci. Powoli uczyłem się odpuszczać winę i żal do rodziny.

Babcia coraz częściej patrzyła przez okno i pytała:
– Olek… a ty tu jeszcze jesteś?

Tak, byłem. Ale już inny niż kiedyś.

Dziś mieszkam w tym samym mieszkaniu na Ochocie. Babcia jest w domu opieki niedaleko parku Szczęśliwickiego. Odwiedzam ją co tydzień. Czasem mnie poznaje, czasem nie.

Często siadam przy jej łóżku i pytam siebie: czy zrobiłem wszystko, co mogłem? Czy można być dobrym wnukiem i jednocześnie nie stracić siebie?

A wy… co byście zrobili na moim miejscu?