„Nie jestem pasożytem!” – Walka polskiej synowej w rodzinie męża

– Znowu cały dzień siedzisz w domu? – głos pani Teresy, mojej teściowej, przeszył powietrze jak ostrze noża. Stałam przy kuchennym blacie, próbując nakarmić dwójkę moich dzieci – Jagodę i Michała – zupą, która już dawno wystygła. Michał płakał, Jagoda rozlewała kompot na podłogę, a ja czułam, jak łzy napływają mi do oczu.

Mój mąż, Paweł, siedział w salonie przed telewizorem. Udawał, że nie słyszy. Zawsze udawał. Wiedziałam, że słyszy każde słowo matki, ale nigdy nie miał odwagi się odezwać.

W dniu naszego ślubu wierzyłam, że wszystko się ułoży. Że Teresa mnie zaakceptuje, że zobaczy we mnie kobietę, która kocha jej syna i dba o rodzinę. Ale już podczas pierwszego wspólnego obiadu czułam się jak intruz. Każdy mój ruch był oceniany.

– Za moich czasów kobiety nie siedziały bezczynnie! – powtarzała Teresa niemal codziennie. – Ja pracowałam w szpitalu i wychowałam troje dzieci! Ty masz tylko dwójkę i nawet obiadu nie potrafisz ugotować na czas!

Te słowa bolały. Wiedziałam, ile wysiłku wkładam w każdy dzień: pobudka o szóstej rano, śniadanie dla wszystkich, pranie, sprzątanie, zakupy z dwójką dzieci na rękach. Ale dla niej to było nic.

Pewnego wieczoru zebrałam się na odwagę i powiedziałam Pawłowi:
– Dlaczego pozwalasz jej tak do mnie mówić? Przecież widzisz, jak mnie to rani.
Paweł wzruszył ramionami:
– Wiesz, jaka jest mama. Nie przejmuj się. Przecież to minie.
Ale nie mijało. Było coraz gorzej.

Moje przyjaciółki mówiły: „Nie przejmuj się! Typowa polska teściowa.” Ale one nie musiały z nią mieszkać pod jednym dachem. My zajmowaliśmy parter domu Teresy i jej męża, oni mieszkali na piętrze. Każdy mój krok był obserwowany.

W weekendy, kiedy pozwalałam sobie pospać godzinę dłużej, już o ósmej rano słyszałam zza drzwi:
– Za moich czasów o tej porze już obiad był na gazie!

Najgorsze przyszło, gdy Michał zachorował. Wysoka gorączka, bezsenna noc. Rano ledwo stałam na nogach. Teresa weszła do pokoju bez pukania:
– Dlaczego jeszcze nie byłaś z nim u lekarza? Mam cię wyręczyć we wszystkim?
W jej głosie była pogarda i oskarżenie: jesteś złą matką.

Wieczorem zamknęłam się w łazience i płakałam tak cicho, żeby nikt nie usłyszał. Czułam się jak pasożyt w cudzym domu. Może rzeczywiście nic nie potrafię? Może naprawdę jestem nikim?

Ale kiedy Jagoda przytuliła się do mnie i szepnęła: „Mamusiu, jesteś najlepsza na świecie”, poczułam siłę. To dla nich jestem ważna. Nie dla Teresy.

Następnego ranka zebrałam się w sobie i weszłam do kuchni:
– Pani Tereso, chciałabym, żebyśmy się szanowały. Robię wszystko dla tej rodziny.
Spojrzała na mnie z góry:
– Jak zaczniesz zarabiać pieniądze, wtedy pogadamy o szacunku.

To była kropla, która przelała czarę goryczy. Postanowiłam: wrócę do pracy, gdy tylko Michał pójdzie do przedszkola. Ale do tego czasu nie dam się zniszczyć.

Pewnego popołudnia usiadłam z Pawłem przy stole:
– Potrzebuję twojego wsparcia – powiedziałam drżącym głosem. – Nie dam rady sama.
Po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach zrozumienie.
– Masz rację. Mama nie powinna tak z tobą rozmawiać.

Zaczęliśmy szukać mieszkania na wynajem. To była walka – ceny w Warszawie zwalały z nóg – ale po kilku tygodniach znaleźliśmy małe dwupokojowe mieszkanie na Ursynowie.

Pierwszą noc spędziliśmy wszyscy razem na jednym materacu. Jagoda szepnęła mi do ucha:
– Mamusiu, teraz jesteśmy tylko my!

Teresa oczywiście się obraziła. Przez miesiąc nie odezwała się ani słowem. Ale ja w końcu mogłam oddychać pełną piersią.

Dziś pracuję na pół etatu w biurze rachunkowym. Jestem zmęczona – ale szczęśliwsza niż kiedykolwiek.

Czasem jeszcze słyszę w głowie głos Teresy: „Pasożyt!” Ale już wiem: nie jestem nim.

Czy wy też musieliście walczyć o swoje miejsce w rodzinie? Ile można znosić cudzą pogardę? Czy naprawdę matka jest coś warta tylko wtedy, gdy przynosi pieniądze do domu?