Nie spiesz się z małżeństwem, Lena! – Ucieczka panny młodej z pułapki cudzych oczekiwań
– Lena, nie możesz tak po prostu wyjść! – głos pani Barbary, mojej przyszłej teściowej, odbijał się echem w ciasnej kuchni. Stałam przy oknie, ściskając w dłoni kubek herbaty, która już dawno wystygła. W powietrzu wisiała cisza, przerywana tylko tykaniem zegara i moim przyspieszonym oddechem.
– Mamo, daj jej spokój – próbował wtrącić się Michał, mój narzeczony, ale jego głos był cichy, jakby bał się własnej matki bardziej niż ja.
Od miesięcy czułam się jak aktorka w kiepskim teatrze. Każdy dzień był próbą sprostania oczekiwaniom Barbary: „Lena, powinnaś nauczyć się gotować rosół tak jak ja”, „Lena, pamiętaj, że w naszej rodzinie święta spędzamy tylko u nas”, „Lena, nie wypada pracować po ślubie, Michał zarobi na was oboje”.
Za każdym razem, gdy próbowałam powiedzieć „nie”, widziałam rozczarowanie w oczach Michała. On milczał. Zawsze milczał. Nawet wtedy, gdy Barbara krytykowała moją rodzinę za to, że są „za prości” i „nie znają się na życiu”.
Pamiętam dzień, kiedy wszystko zaczęło się walić. Była sobota, tydzień przed ślubem. Siedzieliśmy przy stole – ja, Michał i jego rodzice. Rozmawiali o menu weselnym. Barbara nalegała na tradycyjne dania: bigos, schabowy, żurek. Ja chciałam coś innego – wegetariańskie opcje dla moich przyjaciół.
– Lena, nie wygłupiaj się – przerwała mi Barbara. – To nie jest miejsce na eksperymenty. W naszej rodzinie zawsze było po polsku.
Spojrzałam na Michała. Opuścił wzrok.
– Może moglibyśmy… – zaczęłam nieśmiało.
– Nie moglibyśmy! – ucięła Barbara. – Ty tu jesteś gościem.
Gościem. Własny ślub, a ja byłam gościem.
Wyszłam wtedy z domu Michała i długo chodziłam po Plantach. Dzwoniłam do mamy.
– Lena, jeśli czujesz, że to nie twoje życie, jeszcze możesz się wycofać – powiedziała cicho.
Ale jak? Wszystko już było gotowe: sala, suknia, zaproszenia. Rodzina czekała na wielkie wydarzenie. A ja czułam się coraz mniejsza.
Kolejne dni były jak koszmar. Barbara dzwoniła codziennie: „Lena, pamiętaj o fryzjerce”, „Lena, musisz iść do kosmetyczki”, „Lena, nie zapomnij o białych rajstopach”. Michał był coraz bardziej nieobecny. Kiedy próbowałam z nim rozmawiać o swoich wątpliwościach, mówił tylko:
– Przestań dramatyzować. Każda panna młoda się stresuje.
Ale to nie był stres przed ślubem. To był strach przed utratą siebie.
Dzień przed weselem nie spałam całą noc. Wpatrywałam się w sufit i myślałam o tym, jak będzie wyglądało moje życie za rok, za pięć lat. Czy będę szczęśliwa? Czy będę mogła być sobą?
Rano zadzwoniła Barbara:
– Lena, pamiętaj: makijaż delikatny! I żadnych czerwonych paznokci!
Poczułam nagle napad paniki. Wybiegłam z domu i pojechałam do Michała. Chciałam z nim porozmawiać – ostatni raz spróbować go obudzić.
– Michał, ja nie wiem, czy chcę tego ślubu – powiedziałam drżącym głosem.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
– Lena… wszystko już gotowe. Nie możesz teraz tego zrobić rodzinie.
– A sobie mogę?
Milczał długo. W końcu wzruszył ramionami:
– Przestań wymyślać.
Wyszłam bez słowa. Pojechałam do mamy. Siedziałyśmy razem na kanapie i płakałyśmy.
– Cokolwiek zdecydujesz, jestem z tobą – powiedziała mama.
Następnego dnia rano zadzwoniłam do sali weselnej i odwołałam wszystko. Potem napisałam krótką wiadomość do Michała: „Przepraszam. Nie potrafię żyć według cudzych zasad.”
Telefon dzwonił bez przerwy przez cały dzień: Barbara krzyczała do słuchawki, Michał błagał o rozmowę. Nie odebrałam.
Przez kolejne tygodnie czułam się jak najgorszy człowiek na świecie. Plotki rozchodziły się po rodzinie jak pożar: „Lena zwariowała”, „Zostawiła chłopaka przed ołtarzem”, „Co za wstyd!”
Ale z każdym dniem oddychałam coraz swobodniej. Zaczęłam znów spotykać się z przyjaciółmi, wróciłam do pracy w księgarni i powoli odzyskiwałam siebie.
Czasem jeszcze budzę się w nocy z poczuciem winy i pytaniem: co by było, gdybym wtedy została? Ale wiem jedno – nie chcę być gościem we własnym życiu.
Czy naprawdę musimy poświęcać siebie dla cudzych oczekiwań? Ile odwagi potrzeba, by wybrać własną drogę? Może ktoś z was też kiedyś stanął przed takim wyborem?