Nigdy nie byłam wystarczająco dobra dla Michała: Prawda o miłości i społecznych podziałach

– Znowu przyszłaś w tych butach? – głos pani Barbary, matki Michała, przeszył ciszę niczym nóż. Stałam w przedpokoju, ściskając w dłoniach prezent – domowe ciasto drożdżowe, które upiekłam specjalnie na tę okazję. Moje buty, zwykłe czarne baleriny z przeceny, wydawały się nagle czymś haniebnym.

– Tak, są bardzo wygodne – odpowiedziałam cicho, próbując się uśmiechnąć. Michał stał obok mnie, wyraźnie spięty. Jego ojciec, pan Andrzej, nawet nie spojrzał w moją stronę. W powietrzu wisiała cisza pełna napięcia.

To był mój trzeci raz w ich domu na warszawskim Żoliborzu. Za każdym razem czułam się coraz mniejsza. Ich mieszkanie było pełne obrazów, kryształów i książek w skórzanych oprawach. Wszystko tu pachniało pieniędzmi i pewnością siebie – czymś, czego nigdy nie miałam.

Michał był inny. Poznaliśmy się na studiach polonistycznych. On – syn adwokata i lekarki, ja – córka samotnej matki sprzątającej w szkole podstawowej w Radomiu. Zakochaliśmy się w sobie od pierwszego wejrzenia. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

– Mamo, Nikola jest moją dziewczyną. Proszę cię… – Michał próbował załagodzić sytuację.

– To nie o to chodzi – przerwała mu matka. – Po prostu… mogłabyś się bardziej postarać. Wiesz, jak ważne są pierwsze wrażenia.

Zacisnęłam zęby. Chciałam krzyknąć: „A co z drugim i trzecim wrażeniem? Co z tym, że kocham waszego syna?” Ale tylko skinęłam głową i weszłam do salonu.

Przez całą kolację czułam na sobie spojrzenia. Każde pytanie było jak test:

– A czym zajmuje się twoja mama?
– Czy planujesz magisterkę?
– A gdzie chciałabyś pracować po studiach?

Odpowiadałam spokojnie, choć serce waliło mi jak młotem. Michał ściskał moją dłoń pod stołem. Po kolacji jego matka odprowadziła mnie do drzwi.

– Nikola… Michał jest bardzo ambitny. Chcemy dla niego wszystkiego, co najlepsze. Rozumiesz?

Nie odpowiedziałam. Wyszłam na klatkę schodową i dopiero tam pozwoliłam sobie na łzy.

***

Michał był moim światem. Przez dwa lata byliśmy nierozłączni. On pomagał mi z literaturą współczesną, ja jemu z gramatyką historyczną. Spędzaliśmy godziny w kawiarniach na Nowym Świecie, rozmawiając o książkach i marzeniach.

Ale zawsze gdzieś w tle była jego rodzina – ich oczekiwania, ich świat, do którego nie pasowałam.

Pewnego wieczoru Michał przyszedł do mojego wynajmowanego pokoju na Pradze.

– Musimy pogadać – powiedział cicho.

Usiadł na łóżku i spuścił wzrok.

– Moja mama… ona nie przestaje naciskać. Mówi, że powinnam znaleźć kogoś „na swoim poziomie”.

Poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg.

– A ty? Co ty myślisz?

Michał milczał przez dłuższą chwilę.

– Kocham cię, Nikola. Ale… czasem czuję się rozdarty. Chciałbym, żeby wszystko było prostsze.

Zacisnęłam pięści.

– Czyli co? Mam się zmienić? Przestać być sobą?

– Nie o to chodzi…

Ale wiedziałam już wszystko.

***

Kolejne tygodnie były jak życie pod wodą – wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Michał coraz częściej znikał na rodzinnych obiadach bez zaproszenia dla mnie. Coraz rzadziej pisał „kocham”.

Moja mama widziała, że coś jest nie tak.

– Nikola, dziecko… On cię rani – powiedziała pewnego wieczoru, kiedy wróciłam zapuchnięta od płaczu.

– Mamo, on mnie kocha… tylko jego rodzina…

Mama przytuliła mnie mocno.

– Wiesz, kiedy byłam młoda, zakochałam się w chłopaku z bogatego domu. Jego rodzice też mnie nie chcieli. Myślałam wtedy, że miłość wszystko zwycięży… Ale życie to nie bajka.

Spojrzałam na nią ze złością.

– To nie to samo!

Ale czy naprawdę było inaczej?

***

Wkrótce potem Michał zaprosił mnie na spacer po Łazienkach.

– Nikola… musimy zrobić sobie przerwę – powiedział nagle, patrząc gdzieś ponad moim ramieniem.

– Przerwę? To znaczy co?

– Nie wiem już, kim jestem przy tobie… a kim przy nich. Jestem rozdarty. Może potrzebujemy czasu.

Nie płakałam wtedy. Byłam zbyt zaskoczona.

Wróciłam do domu i przez trzy dni nie wychodziłam z łóżka. Mama przynosiła mi herbatę i kanapki z dżemem – tak jak wtedy, gdy byłam mała i chora.

W końcu zebrałam się w sobie i poszłam na uczelnię. Michała unikałam jak ognia. Zaczęły krążyć plotki: że zostawił mnie dla dziewczyny z roku wyżej; że jego rodzice znaleźli mu „odpowiednią” kandydatkę; że ja byłam tylko „przygodą”.

Każde słowo bolało jak cios.

***

Minęły miesiące. Zdałam egzaminy, znalazłam pracę w małym wydawnictwie na Mokotowie. Mama była dumna – pierwszy raz od lat widziałam ją tak szczęśliwą.

Pewnego dnia spotkałam Michała przypadkiem na przystanku tramwajowym.

– Nikola…

Zatrzymałam się niepewnie.

– Jak się masz? – zapytał cicho.

– Dobrze. Pracuję. A ty?

Wzruszył ramionami.

– Obroniłem magisterkę. Rodzice są zadowoleni.

Patrzyliśmy na siebie przez chwilę w milczeniu.

– Przepraszam za wszystko – powiedział nagle. – Byłem tchórzem.

Nie odpowiedziałam od razu. W głowie miałam tysiące słów, ale żadne nie chciało przejść przez gardło.

– Każdy wybiera swoją drogę – powiedziałam w końcu i odeszłam bez słowa więcej.

***

Dziś mam trzydzieści lat. Pracuję jako redaktorka w dużym wydawnictwie. Mama jest zdrowa i szczęśliwa – czasem jeździmy razem nad morze albo do teatru. O miłości myślę rzadko, ale czasem wraca do mnie pytanie:

Czy naprawdę można pokonać wszystko dla miłości? Czy może są granice, których nie da się przekroczyć?

A wy? Czy kiedykolwiek czuliście się niewystarczająco dobrzy dla kogoś? Jak poradziliście sobie z takim bólem?