Nikt nie przyszedł na ósme urodziny mojej córki. A potem usłyszałam, że to moja siostra…

— Mamo… oni naprawdę nie przyjdą? — głos Zosi był cichy, jakby bała się, że sama prawda zrobi hałas.

Patrzyłam na stół w salonie. Talerzyki z jednorożcami. Balony. Tort, który piekłam do drugiej w nocy, bo chciałam, żeby chociaż raz miała „jak inne dzieci”. I te krzesła. Puste. Wszystkie.

— Pewnie utknęli w korkach — skłamałam szybko. Za szybko.

Zosia ścisnęła zaproszenie w rękach, aż papier się pogiął.

— Ale oni pisali, że będą…

Wtedy zadzwonił telefon. Wiadomość od mamy: „Nie rób sceny. Dzieci się rozchorowały. Nie nakręcaj Zosi.”

Poczułam, jak policzki mi płoną. Wyszłam do kuchni i wykręciłam numer do Anki.

— Anka, co jest? — powiedziałam bez „cześć”. — Nikt nie przyszedł.

Chwila ciszy, potem jej znużony ton:

— No trudno. Tak bywa.

— Tak bywa?! To ósme urodziny mojego dziecka.

— Może… może ludzie nie lubią… komplikacji — rzuciła.

— Jakich komplikacji?

— Daj spokój, Marta. Nie rób z tego dramatu.

Rozłączyła się.

Wróciłam do salonu. Zosia siedziała na dywanie i układała serwetki w równy stosik, jakby porządek mógł naprawić wstyd.

— Zosiu, chodź. Zjemy tort. My. Same. — uśmiechnęłam się tak, że aż zabolały mnie kąciki ust.

— A świeczki? — spytała. — Mam dmuchnąć, jak nikt nie patrzy?

To było jak policzek. Jakby moje dziecko przepraszało, że istnieje.

Wzięłam telefon i zaczęłam dzwonić do rodziców dzieci. Pierwsza odebrała Magda, mama Julki.

— Marta… ja… ja myślałam, że odwołane — wyrzuciła z siebie. — Dostałam wiadomość od Anki. Że Zosia ma… że macie jakieś problemy i żeby nie przychodzić, bo będzie niezręcznie.

— Jakie problemy? — zapytałam, chociaż już czułam lodowaty ciężar w brzuchu.

— Że… że Zosia podobno bije dzieci. I że ty krzyczysz na rodziców. Przepraszam. Ja nie chciałam.

Usiadłam na krześle. W głowie miałam tylko jedno: moja siostra. Moja własna siostra zrobiła z mojego dziecka potwora.

Zadzwoniłam do kolejnej osoby. I kolejnej. Ta sama historia. „Anka pisała.” „Anka ostrzegała.” „Anka prosiła, żeby nie robić przykrości.”

Wróciłam do salonu. Zosia patrzyła na tort.

— Mamo, ja coś zrobiłam? — zapytała.

— Nie. To dorośli zawalili. — powiedziałam ostro, a potem przyklękłam przy niej. — To nie jest twoja wina. Słyszysz? Nigdy.

Dwie godziny później byli u mnie rodzice. Mama weszła pierwsza, jak zawsze z miną, że przyszła „ratować sytuację”, a nie przeprosić.

— Marta, co ty wyprawiasz? Anka płacze. Mówi, że ją oskarżasz.

— Bo wysłała fałszywe wiadomości. — odpowiedziałam. — Mam screeny.

Tata spojrzał na stół, na pustkę po przyjęciu, i westchnął.

— Rodzina jest najważniejsza — powiedział spokojnie. — Nie będziesz robić wojny o dziecięce urodziny.

— To nie są „dziecięce urodziny”. — podniosłam głos. — To jest upokorzenie mojego dziecka.

Mama machnęła ręką.

— Zosia jest wrażliwa, zapomni.

W tym momencie Zosia wyszła z pokoju. Trzymała w rękach czapeczkę urodzinową. Pogniecioną.

— Babciu… ja mogę ją wyrzucić? — zapytała cicho.

Mama nawet na nią nie spojrzała.

— Wyrzuć, kochanie. Nie dramatyzujmy.

Coś we mnie pękło. Ale nie w stronę łez. W stronę decyzji.

Wyciągnęłam telefon, otworzyłam grupę rodzinną i napisałam jednym zdaniem: „Anka rozesłała kłamstwa o Zosi, żeby nikt nie przyszedł. Mam dowody. Jeśli ktoś chce je zobaczyć, wysyłam.”

Mama wyrwała mi telefon z ręki.

— Usuniesz to natychmiast!

— Oddaj. — powiedziałam. — Teraz.

Tata stanął między nami.

— Marta, uspokój się. Takie rzeczy załatwia się w domu.

— W domu?! — zaśmiałam się krótko, aż sama się przestraszyłam tego dźwięku. — W domu właśnie zrobiliście z mojego dziecka nikogo.

Wtedy zadzwonił domofon. Raz. Drugi.

Otworzyłam. Na klatce stała Magda z Julką. Za nimi Bartek z Kubą. Potem przyszła Karolina z Olą. Z torbami, z prezentami, z zakłopotanymi minami.

— Marta… przepraszamy — Magda mówiła szybko. — Jak zaczęłaś dzwonić, sprawdziłam. To było chore. Przyprowadziłam Julkę. Jeśli jeszcze można.

Zosia zamarła w progu. Patrzyła, jak dzieci wchodzą do mieszkania, jak zdejmują kurtki, jak śmieją się niepewnie.

— To… to dla mnie? — zapytała.

— Dla ciebie! — Julka podbiegła i złapała ją za rękę. — Sto lat!

Zosia spojrzała na mnie tak, jakby ktoś jej właśnie oddał powietrze.

A moi rodzice stali w kącie, bez słów. Mama zacisnęła usta.

— Widzisz? — syknęła do mnie. — Musiałaś narobić wstydu.

Odwróciłam się do niej.

— Wstyd to było to, co zrobiliście dzisiaj. — powiedziałam spokojnie. — I nie będę już tego zamiatać.

Wieczorem, kiedy dzieci jadły tort, a Zosia śmiała się z pełnymi ustami, Anka w końcu napisała: „Przesadziłam. Ale ty zawsze musisz być idealna.”

Odpisałam krótko: „Nie chodzi o mnie. Chodzi o Zosię. Dopóki nie przeprosisz jej wprost, nie masz do nas dostępu.”

Następnego dnia rodzice próbowali jeszcze raz.

— To twoja siostra — mówił tata. — Przecież jej nie odetniesz.

— Odetnę wszystko, co krzywdzi moje dziecko — odpowiedziałam.

Zosia zasnęła tamtej nocy z prezentami przy łóżku. Nie dlatego, że były drogie. Dlatego, że ktoś w końcu przyszedł.

A ja siedziałam w kuchni i patrzyłam na talerzyk z resztką tortu. Myślałam o tym, jak łatwo w Polsce mówi się: „Rodzina ponad wszystko”. Jak często to znaczy: „Milcz, nawet jak boli”.

Może pierwszy raz w życiu nie wybrałam spokoju. Wybrałam prawdę.

I powiedzcie mi… czy rodzina, która każe ci udawać, że nic się nie stało, naprawdę zasługuje na twoje milczenie?
Czy też w końcu trzeba stanąć po stronie własnego dziecka, nawet jeśli wszyscy się odwrócą?