„Pij, pani Ilono!” – Zemsta służącej w willi na Mokotowie
– Pij, pani Ilono! – mój głos drżał, ale nie ze strachu. To był gniew, który przez lata narastał we mnie jak trucizna. Stałam nad nią z filiżanką herbaty, a ona patrzyła na mnie z pogardą, jak zawsze.
– Zofia, czy ty oszalałaś? – syknęła, próbując podnieść się z fotela. – Przynieś mi nową herbatę i nie waż się podnosić na mnie głosu!
Ale ja już nie byłam tą samą Zofią. Nie tą cichą dziewczyną z podkarpackiej wsi, która trzy lata temu przyjechała do Warszawy z nadzieją na lepsze życie. Byłam kobietą, którą upokorzenia i ból zmieniły nie do poznania.
Pamiętam pierwszy dzień w tej willi na Mokotowie. Pachniało świeżo malowaną farbą i drogimi perfumami pani Ilony. Ona sama była jak z innego świata – elegancka, wyniosła, z ostrym spojrzeniem. Już wtedy wiedziałam, że nie będzie łatwo, ale nie spodziewałam się piekła.
– Zofia, tu się nie siedzi! Tu się pracuje! – krzyczała na mnie pierwszego dnia, gdy odważyłam się usiąść na chwilę w kuchni. – Jeśli chcesz odpoczywać, wracaj na wieś!
Pracowałam po czternaście godzin dziennie. Sprzątałam, gotowałam, prałam bieliznę jej męża i syna. Pan Jerzy był obojętny – wiecznie zajęty interesami, wracał późno i nawet nie patrzył mi w oczy. Syn, Michał, miał wtedy siedemnaście lat i traktował mnie jak powietrze.
Ale to pani Ilona była moją codzienną udręką. Każdego dnia znajdowała powód do krzyku: za źle wyprasowaną koszulę, za przypaloną zupę, za kurz pod łóżkiem. Czasem rzucała we mnie ściereczką albo talerzem. Raz uderzyła mnie otwartą dłonią w twarz.
– Jesteś nikim! – wycedziła przez zęby. – Bez nas zdechłabyś z głodu!
Wtedy po raz pierwszy poczułam coś więcej niż strach. To była wściekłość. Ale tłumiłam ją w sobie, bo musiałam wysyłać pieniądze mamie i młodszemu bratu.
Z czasem zaczęłam zauważać pęknięcia w tej pozornie idealnej rodzinie. Pan Jerzy coraz częściej nocował poza domem. Michał zamykał się w pokoju i słyszałam jego ciche łkanie przez ścianę. Pani Ilona piła coraz więcej wina i stawała się jeszcze bardziej okrutna.
Pewnego wieczoru usłyszałam ich kłótnię:
– Ty nawet nie potrafisz być matką! – wrzeszczał Michał. – Wszystko musisz kontrolować!
– Zamknij się! – odpowiedziała Ilona. – Jesteś taki sam jak twój ojciec – słaby!
Wtedy zrozumiałam, że nie tylko ja jestem ofiarą tej kobiety.
Któregoś dnia Michał przyszedł do kuchni, gdzie płakałam po kolejnym upokorzeniu.
– Przepraszam za nią – powiedział cicho. – Ona… ona taka już jest.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Po raz pierwszy ktoś z tej rodziny zobaczył we mnie człowieka.
– Dlaczego jej na to pozwalacie? – zapytałam drżącym głosem.
Wzruszył ramionami.
– Boimy się jej tak samo jak ty.
Od tego dnia zaczęliśmy rozmawiać częściej. Michał opowiadał mi o swoich marzeniach – chciał studiować psychologię, ale matka kazała mu iść na prawo.
– Ona niszczy wszystko, czego dotknie – powiedział pewnej nocy. – Nawet własną rodzinę.
Wtedy poczułam coś dziwnego – współczucie dla niego i dla siebie samej.
Ale pani Ilona była coraz bardziej nieprzewidywalna. Pewnego ranka znalazłam ją pijaną na schodach. Wyzywała mnie od dziwek i złodziejek.
– Wiem, że kradniesz! – wrzeszczała. – Wszyscy służący to złodzieje!
Nie wytrzymałam.
– Nigdy niczego nie ukradłam! – odpowiedziałam ostro.
Wtedy rzuciła się na mnie z pazurami. Odepchnęłam ją i uciekłam do swojego pokoiku na poddaszu.
Przez całą noc nie mogłam spać. W głowie dudniły mi jej słowa: „Jesteś nikim”.
Następnego dnia dostałam list od mamy: brat zachorował na zapalenie płuc, potrzebują pieniędzy na lekarstwa. Wiedziałam, że muszę tu zostać, choćby nie wiem co.
Ale coś we mnie pękło.
Zaczęłam planować zemstę. Nie chciałam jej skrzywdzić fizycznie – to byłoby za proste. Chciałam, żeby poczuła się tak bezsilna i upokorzona jak ja przez te wszystkie lata.
I wtedy nadarzyła się okazja.
Pewnej soboty pani Ilona urządzała przyjęcie dla swoich przyjaciółek z Rotary Clubu. Była spięta i rozdrażniona.
– Zofia! Herbata dla wszystkich! I pamiętaj: żadnych błędów!
Przygotowałam tacę z filiżankami i… dodałam do jednej z nich kilka kropli środka przeczyszczającego, który znalazłam w apteczce pana Jerzego. Wiedziałam, która filiżanka trafi do pani Ilony – zawsze wybierała tę z niebieskim rantem.
Serce waliło mi jak młotem, gdy stawiałam tacę przed nią i jej przyjaciółkami.
– Proszę bardzo, pani Ilono – powiedziałam słodko.
Patrzyła na mnie podejrzliwie, ale wypiła herbatę jednym haustem.
Po pół godzinie zaczęło się piekło. Pani Ilona wybiegła z salonu blada jak ściana. Jej przyjaciółki patrzyły po sobie skonsternowane.
W kuchni usłyszałam jej krzyk:
– Zofia! Coś ty mi podała?!
Weszłam do łazienki i spojrzałam jej prosto w oczy.
– Tylko to, co sama mi serwowałaś przez te wszystkie lata: upokorzenie i strach.
Zbladła jeszcze bardziej.
Przez resztę wieczoru siedziała zamknięta w łazience. Przyjęcie skończyło się kompromitacją. Następnego dnia pan Jerzy wyjechał do swojej kochanki, Michał uciekł do kolegi na noc, a ja… poczułam pustkę zamiast satysfakcji.
Pani Ilona przez kilka dni nie wychodziła z pokoju. Kiedy w końcu zeszła do kuchni, spojrzała na mnie inaczej – jakby pierwszy raz zobaczyła człowieka.
– Dlaczego? – zapytała cicho.
– Bo już nie mogłam inaczej żyć – odpowiedziałam szczerze.
Nie przeprosiła mnie nigdy. Ale od tamtej pory przestała mnie poniżać. Zaczęła nawet czasem pytać o moją rodzinę.
Po kilku miesiącach odeszłam z tej pracy. Michał napisał do mnie list: „Dzięki tobie odważyłem się postawić matce”.
Dziś mieszkam w małym mieszkaniu na Pradze i pracuję jako opiekunka starszych osób. Czasem myślę o tamtej nocy i zastanawiam się: czy naprawdę warto było mścić się za krzywdy? Czy zemsta leczy rany, czy tylko je pogłębia?
A wy? Czy kiedykolwiek byliście tak zranieni, że chcieliście odpłacić tym samym? Czy można wybaczyć komuś, kto przez lata odbierał wam godność?