Przyszła teściowa odwołała nasz ślub, oskarżając moją chorobę o zdradę – historia, która złamała mi życie

Wszystko zaczęło się od wrzasku. – Nie będzie żadnego ślubu! – krzyczała pani Teresa, matka mojego narzeczonego, stojąc w moim salonie z twarzą czerwoną jak burak. – Nie pozwolę, żeby mój syn żenił się z kobietą, która go zdradza i jeszcze ukrywa przed nim choroby!

Stałam jak sparaliżowana, trzymając w dłoni kubek zimnej już herbaty. Michał, mój narzeczony, patrzył na mnie z mieszaniną żalu i niepewności. W jego oczach widziałam cień wątpliwości – ten sam cień, który od kilku dni wisiał nad nami jak chmura burzowa.

– Mamo, przestań! – próbował ją uciszyć Michał, ale ona była nie do zatrzymania.

– Ty nic nie rozumiesz! – syknęła. – Ona cię okłamuje! Była w szpitalu na ginekologii przez tydzień i nawet nie raczyła ci powiedzieć dlaczego! A teraz nagle ślub? Coś tu śmierdzi!

Wtedy pękłam. Łzy napłynęły mi do oczu, a gardło zacisnęło się tak mocno, że ledwo mogłam oddychać.

– To nie tak… – wyszeptałam. – Ja… ja chciałam ci powiedzieć…

Ale Teresa już mnie nie słuchała. Odwróciła się na pięcie i wyszła, trzaskając drzwiami tak mocno, że obrazek z Matką Boską spadł ze ściany.

Michał stał przez chwilę w milczeniu. W końcu podszedł do mnie i objął mnie ramieniem.

– Powiedz mi prawdę, Zosiu. Proszę.

Zamknęłam oczy. Przez chwilę widziałam tylko ciemność i wspomnienia ostatnich tygodni: poranne mdłości, nadzieję na dziecko, potem nagły ból i szpital. Lekarze, którzy ratowali mi życie. I wyrok: ciąża pozamaciczna, usunięcie jajowodu, nikłe szanse na macierzyństwo.

– Bałam się… – wyszeptałam. – Bałam się, że jeśli się dowiesz… odejdziesz.

Michał westchnął ciężko.

– Ale dlaczego nie powiedziałaś mi od razu? Przecież jesteśmy razem…

– Bo twoja matka… ona zawsze powtarzała, że kobieta musi dać mężczyźnie dzieci. Że rodzina to najważniejsze. Bałam się jej… i ciebie też.

Michał spuścił głowę.

– Mamo nie da się przekonać. Ona już wszystkim powiedziała, że ślub odwołany. Moja babcia płacze, ojciec jest wściekły…

Poczułam się jak intruz we własnym życiu. Wszystko, co budowałam przez lata – miłość, zaufanie, marzenia o rodzinie – rozsypało się w proch przez jedno nieporozumienie i plotki.

Następnego dnia zadzwoniła moja mama.

– Zosiu, co się dzieje? Teresa była u nas rano. Powiedziała… straszne rzeczy. Że podobno miałaś romans z jakimś lekarzem ze szpitala! Że Michał cię przyłapał!

Zalałam się łzami.

– Mamo, to nieprawda! Byłam chora… prawie umarłam!

– Wiem, kochanie. Ale ludzie już gadają. Sąsiadka pytała mnie dziś rano na klatce schodowej…

Wyszłam na balkon i spojrzałam na szare blokowisko Warszawy. Czułam się tak samotna jak nigdy dotąd.

Wieczorem Michał przyszedł do mojego mieszkania. Był blady i zmęczony.

– Zosiu… musimy porozmawiać.

Usiadł naprzeciwko mnie przy kuchennym stole.

– Moja matka nie odpuści. Powiedziała ojcu, że jeśli się z tobą ożenię, wydziedziczy mnie z mieszkania na Ursynowie. Babcia grozi, że przepisze dom kuzynce. Wszyscy są przeciwko nam.

Patrzyłam na niego w milczeniu.

– A ty? – zapytałam cicho.

Zamilkł na chwilę.

– Ja… ja nie wiem już nic. Kocham cię. Ale czuję się oszukany. Dlaczego nie powiedziałaś mi o wszystkim? Może bym zrozumiał…

– Bo ty zawsze słuchasz swojej matki! Nawet teraz! – wybuchłam.

Wstał gwałtownie.

– To nieprawda! Ale ona jest moją rodziną!

– A ja? Kim ja jestem?

Nie odpowiedział. Wyszedł bez słowa.

Przez kolejne dni telefon milczał. Próbowałam dzwonić do Michała, ale nie odbierał. W pracy ledwo funkcjonowałam – szefowa patrzyła na mnie z litością i wysyłała wcześniej do domu.

Pewnego wieczoru przyszła do mnie Teresa. Bez zapowiedzi.

– Posłuchaj mnie dobrze – zaczęła bez ogródek. – Michał wraca do nas na Ursynów. Ty masz zostawić go w spokoju. On zasługuje na normalną rodzinę, dzieci i spokój. Ty jesteś tylko problemem.

Zacisnęłam pięści.

– To panie syn był moim światem! Chciałam mu dać wszystko!

Teresa wzruszyła ramionami.

– Może kiedyś znajdziesz kogoś innego. Ale nie mojego syna.

Wyszła tak samo nagle jak przyszła.

Po tej rozmowie długo siedziałam w ciemności. Przeglądałam stare zdjęcia: uśmiechnięci razem nad Wisłą, wspólne wakacje w Bieszczadach, pierwsze święta u jego rodziców. Wszystko wydawało się snem sprzed wieków.

Minął tydzień. Michał zadzwonił dopiero wtedy.

– Zosiu… przepraszam za wszystko. Ale nie dam rady walczyć z całą rodziną. Nie chcę być wydziedziczony przez babcię ani stracić kontaktu z rodzicami…

Zamarłam.

– Czyli wybierasz ich?

Cisza po drugiej stronie była odpowiedzią sama w sobie.

Rozłączyłam się bez słowa.

Od tamtej pory minęły dwa miesiące. Czasem mijam Teresę na bazarku pod blokiem – patrzy na mnie z pogardą i triumfem w oczach. Michała widuję rzadko; podobno spotyka się teraz z córką znajomych rodziców – dziewczyną zdrową i „porządną”.

A ja? Zostałam sama ze swoim bólem i żałobą po nienarodzonym dziecku oraz utraconej miłości. Moi rodzice próbują mnie pocieszać, ale wiem, że ich serca też są złamane przez plotki i niesprawiedliwość.

Czasem pytam siebie: czy gdybym była odważniejsza i powiedziała prawdę wcześniej, wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy naprawdę choroba może przekreślić całe życie? Czy rodzina powinna być ważniejsza niż miłość?

Może ktoś z was zna odpowiedź…