To, co wyznała mi mama, zmieniło wszystko. Prawda, która rozdarła naszą rodzinę na pół.
– Nie rozumiesz, Aniu! – głos mamy przeszył ciszę kuchni jak nóż. – Robiłam to wszystko dla ciebie!
Siedziałam przy stole, dłubiąc widelcem w zimnych ziemniakach. W powietrzu wisiał zapach smażonej cebuli i czegoś jeszcze – czegoś ciężkiego, jakby żalu, który od lat nie opuszczał tych czterech ścian. Mama stała naprzeciwko mnie, z rękami opartymi o blat, a jej oczy błyszczały gniewem i czymś jeszcze – strachem?
– Dla mnie? – powtórzyłam z niedowierzaniem. – Dla mnie to znaczy kłamać przez całe życie? Ukrywać przede mną prawdę o moim ojcu?
Mama zacisnęła usta. Przez chwilę wydawało mi się, że zaraz wybuchnie płaczem, ale tylko odwróciła się do okna. Za szybą padał deszcz, krople spływały po szkle jak łzy.
– Nie miałam wyboru – wyszeptała. – Gdybyś wiedziała…
– Co? Że tata nie umarł w wypadku? Że żyje gdzieś w Warszawie i nawet nie wie, że istnieję?
W tej chwili drzwi do kuchni otworzyły się z hukiem. Babcia Zofia weszła z siatką zakupów, mokra od deszczu. Spojrzała na nas obie i od razu wiedziała, że coś jest nie tak.
– Znowu się kłócicie? – mruknęła, stawiając siatkę na podłodze. – Lepiej byście się zajęły czymś pożytecznym.
Mama odwróciła się gwałtownie.
– Mamo, proszę cię…
Babcia tylko machnęła ręką i wyszła do swojego pokoju. Zostałyśmy same.
– Aniu…
Nie chciałam słuchać. Wstałam od stołu i wybiegłam na klatkę schodową. Schody były zimne i wilgotne, pachniały kurzem i starą farbą. Usiadłam na stopniu i schowałam twarz w dłoniach. W głowie dudniły mi słowa mamy: „Robiłam to wszystko dla ciebie”.
Od dziecka czułam, że coś jest nie tak. Mama zawsze była nerwowa, unikała pytań o przeszłość. O ojcu mówiła niewiele: „Był dobrym człowiekiem, ale los chciał inaczej”. Gdy pytałam o rodzinę taty, zmieniała temat. Zawsze tylko my trzy: ja, mama i babcia w naszym małym mieszkaniu na Pradze.
W szkole dzieci pytały: „A gdzie twój tata?” Kłamałam jak z nut: „Zginął w wypadku samochodowym”. Czasem sama w to wierzyłam. Ale potem widziałam mamę płaczącą nocami w kuchni albo słyszałam jej szeptane rozmowy przez telefon z kimś, kogo nigdy nie poznałam.
Tego wieczoru nie wróciłam do domu na kolację. Włóczyłam się po osiedlu, aż zrobiło się ciemno. W końcu usiadłam na ławce pod blokiem i patrzyłam na światła miasta. Warszawa była piękna i okrutna zarazem – pełna ludzi, którzy mijali mnie obojętnie.
Wróciłam późno. Mama siedziała przy stole z kubkiem herbaty. Na stole leżała stara koperta.
– Musimy porozmawiać – powiedziała cicho.
Usiadłam naprzeciwko niej. Drżały jej ręce.
– To list od twojego ojca – zaczęła. – Napisał go tuż przed tym… zanim wszystko się rozpadło.
Podała mi kopertę. Papier był pożółkły, litery rozmazane od łez albo deszczu.
„Kochana Marysiu,
Nie wiem, czy jeszcze kiedyś będziesz chciała mnie zobaczyć. Wiem tylko, że kocham was obie – ciebie i naszą córeczkę. Jeśli kiedyś zdecydujesz się wrócić… będę czekał pod starym dębem na Mokotowie.
Twój Paweł”
Spojrzałam na mamę z niedowierzaniem.
– Paweł? On żyje?
Mama skinęła głową.
– Tak. Ale… jego rodzina nigdy mnie nie zaakceptowała. Byli bogaci, mieli własną firmę budowlaną. Jego matka… zrobiła wszystko, żeby nas rozdzielić.
– Ale dlaczego mi nie powiedziałaś?
Mama spuściła wzrok.
– Bałam się. Po tym wszystkim… po tym, jak groziła mi sądem, jak próbowała odebrać mi ciebie… Uciekłyśmy do babci na Pragę. Zmieniłam nazwisko. Chciałam cię chronić.
Poczułam narastającą złość.
– Chronić? Przed czym? Przed własnym ojcem?
Mama zaczęła płakać.
– Nie rozumiesz… Ona miała pieniądze i wpływy. Mogła zrobić wszystko. Bałam się jej bardziej niż kogokolwiek innego.
Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu. Słyszałam tykanie zegara i szum samochodów za oknem.
– A on? – zapytałam w końcu. – Tata? Próbował cię znaleźć?
Mama otarła łzy.
– Pisał listy, dzwonił… Ale ja byłam uparta. Nie chciałam narażać cię na to wszystko jeszcze raz. Potem wyjechał za granicę do pracy. Słyszałam tylko plotki od znajomych, że wrócił kilka lat temu…
Wstałam gwałtownie.
– Muszę go zobaczyć.
Mama spojrzała na mnie przerażona.
– Aniu, proszę cię…
Ale już mnie nie było. Wybiegłam z mieszkania i pobiegłam na przystanek tramwajowy. Mokotów był daleko, ale wiedziałam dokładnie, gdzie stoi ten stary dąb – mama pokazywała mi go kiedyś na zdjęciu.
Jechałam tramwajem przez nocną Warszawę z sercem bijącym jak oszalałe. Wysiadłam przy parku i pobiegłam alejką do drzewa. Stał tam mężczyzna – wysoki, siwiejący, z twarzą zmęczoną życiem. Patrzył w dal, jakby czekał na kogoś od lat.
Zatrzymałam się kilka metrów od niego.
– Paweł? – zapytałam cicho.
Odwrócił się powoli. Spojrzał na mnie uważnie, a potem uśmiechnął się smutno.
– Ania…
Wiedziałam już wszystko bez słów. Byliśmy do siebie podobni – te same oczy, ten sam kształt ust.
Usiedliśmy razem pod drzewem. Opowiedział mi swoją wersję historii: o walce z matką, o próbach odnalezienia nas, o samotności za granicą i powrocie do pustego mieszkania w Warszawie.
– Nigdy nie przestałem was kochać – powiedział na koniec. – Ale twoja mama… ona była silniejsza niż myślałem.
Wróciłam do domu nad ranem. Mama czekała na mnie w przedpokoju.
– Spotkałaś go? – zapytała drżącym głosem.
Skinęłam głową.
– Tak. I chcę go poznać lepiej.
Mama rozpłakała się jeszcze mocniej niż wcześniej.
Przez kolejne tygodnie próbowałyśmy poukładać nasze życie na nowo: ja spotykałam się z tatą po lekcjach; mama coraz częściej zamykała się w swoim pokoju; babcia udawała, że nic nie wie, ale widziałam jej zatroskane spojrzenia.
W końcu usiadłyśmy we trzy przy stole – ja, mama i babcia – i zaczęłyśmy rozmawiać naprawdę szczerze po raz pierwszy od lat. O strachu, o błędach młodości, o tym, czy można wybaczyć komuś kłamstwo z miłości.
Nie wiem jeszcze, czy potrafię wybaczyć mamie to wszystko. Ale wiem jedno: prawda boli mniej niż życie w kłamstwie.
Czasem patrzę na nią i pytam siebie: czy ja też byłabym gotowa poświęcić wszystko dla swojego dziecka? Czy można kochać tak bardzo, żeby aż ranić?
A wy? Czy potrafilibyście wybaczyć taką tajemnicę własnej matce?