W sercu polskiego pogranicza: Opowieść o Marcinie i Czerwonej Lunie

– Zostaw to, Marcin! – wrzasnęła matka, kiedy z impetem wpadłem do kuchni, z twarzą rozpaloną od biegu i sercem bijącym jak młot. – Nie wracaj tam, słyszysz?!

Ale ja już nie słuchałem. W głowie dudniło mi echo strzałów z zeszłej nocy, kiedy to, jako dezerter z jednostki pod Białymstokiem, ukrywałem się w lasach. Wtedy ją zobaczyłem – Czerwoną Lunę. Była jak zjawa: wysoka, potężna, z włosami splecionymi w gruby warkocz, ubrana w skórzane spodnie i kurtkę z frędzlami, które ledwo zakrywały jej muskularne ciało. W dłoni trzymała siekierę, a jej spojrzenie było twarde jak granit.

– Kim jesteś? – zapytałem, ledwo łapiąc oddech, kiedy stanęła nade mną, cień jej sylwetki padał na moje ciało.

– Nie twój interes, żołnierzyku – syknęła, ale w oczach błyszczał jej smutek, który rozpoznałem, bo sam go nosiłem od lat.

Wiedziałem, kim jest. O Czerwonej Lunie krążyły legendy po całym Podlasiu. Mówiono, że jest córką zamordowanego przez bandytów sołtysa, że od lat mści się na tych, którzy zhańbili jej rodzinę. Ale nikt nie mówił, że jest tak piękna i tak niebezpieczna.

– Nie szukam kłopotów – wydukałem, ale ona tylko się uśmiechnęła, jakby wiedziała, że kłopoty już mnie znalazły.

Nagle zza drzew padł strzał. Kula świsnęła koło mojego ucha, a ja runąłem na ziemię. Luna rzuciła się na mnie, przewracając mnie na plecy i przyciskając do ziemi.

– Jeśli chcesz żyć, słuchaj mnie uważnie – wyszeptała. – Za chwilę tu będą. Musisz mi zaufać.

Nie miałem wyboru. Wciągnęła mnie w gęstwinę, prowadząc przez bagna i chaszcze, aż dotarliśmy do starej chaty na skraju wsi. Tam, przy ogniu, spojrzała na mnie z bliska.

– Widziałam cię kiedyś – powiedziała cicho. – Byłeś z nimi, prawda?

Zamarłem. Wiedziała. Byłem jednym z tych, którzy brali udział w pacyfikacji jej wioski. Nie zabiłem nikogo, ale byłem tam. Wstyd i żal ścisnęły mi gardło.

– Przepraszam – wyszeptałem. – Nie wiedziałem, co robię. Byłem młody, głupi…

– Wszyscy byliśmy młodzi i głupi – przerwała mi. – Ale nie wszyscy mamy odwagę się przyznać.

Przez kolejne dni ukrywaliśmy się razem. Luna była nieufna, ale z czasem zaczęła mi opowiadać o swoim życiu. O ojcu, który zginął, broniąc wsi przed bandytami. O matce, która zmarła z żalu. O bracie, który zaginął podczas wojny. O tym, jak sama nauczyła się walczyć, jak przysięgła, że nigdy nie pozwoli, by ktoś jeszcze cierpiał przez takich jak ja.

Pewnej nocy, gdy siedzieliśmy przy ognisku, Luna pokazała mi bliznę na udzie.

– To po tamtej nocy – powiedziała. – Chcesz dotknąć?

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Wyciągnąłem rękę, dotknąłem jej skóry. Była gorąca, pulsująca życiem. Spojrzała mi w oczy, a ja poczułem, jak coś się we mnie łamie.

– Jesteś jak sen, którego nie powinienem śnić – wyszeptałem.

Uśmiechnęła się smutno.

– Może właśnie dlatego jesteś tu ze mną.

Ale nasz spokój nie trwał długo. Do wsi zbliżała się banda Kacpra Malinowskiego – trzech braci, którzy od lat terroryzowali okolicę. Wiedzieli, że Luna ma coś, czego szukają – mapę do ukrytego skarbu, który jej ojciec schował przed śmiercią.

– Musimy ich powstrzymać – powiedziała Luna. – Ale sama nie dam rady.

– Pomogę ci – odpowiedziałem bez wahania.

Wiedziałem, że to może być moja szansa na odkupienie. W nocy ruszyliśmy do lasu. Czekała nas zasadzka. Kule świstały, drzewa pękały od strzałów. Jeden z braci padł, drugi został ranny. Kacper, najstarszy, rzucił się na Lunę z nożem. Ja, ukryty za drzewem, miałem szansę go zastrzelić, ale zawahałem się. To był człowiek, którego znałem z dzieciństwa. W końcu jednak pociągnąłem za spust.

Kacper padł na ziemię, a Luna spojrzała na mnie z wdzięcznością i smutkiem jednocześnie.

– Zabiłeś swojego – powiedziała cicho.

– Zrobiłem to dla ciebie – odpowiedziałem, czując, jak łzy napływają mi do oczu.

Wróciliśmy do chaty. Luna była ranna, ale nie chciała, żebym ją dotykał. Siedziała w kącie, patrząc w ogień.

– Wiesz, kim jestem, Marcinie? – zapytała nagle. – Jestem twoją karą. Twoim przeznaczeniem.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Przez kolejne dni opiekowałem się nią, opatrywałem rany, gotowałem zupę z tego, co znalazłem w lesie. Zbliżyliśmy się do siebie. Pewnej nocy, gdy burza szalała za oknem, Luna pozwoliła mi się przytulić. Jej ciało było twarde jak skała, ale serce biło szybko i mocno.

– Boisz się mnie? – zapytała.

– Nie. Boję się tylko tego, co czuję.

Uśmiechnęła się i pocałowała mnie. To był pocałunek gorzki, pełen bólu i tęsknoty. Wiedziałem, że nie mamy przyszłości. Byłem dezerterem, ona – legendą, która nie mogła przestać walczyć.

Ale los nie dał nam spokoju. Do wsi przyjechała milicja. Ktoś doniósł, że ukrywam się z Luną. Musieliśmy uciekać. Przez bagna, przez lasy, aż do granicy z Białorusią. Tam, w starej stodole, Luna wyznała mi prawdę.

– Wiedziałam, kim jesteś od początku – powiedziała. – Chciałam cię zabić. Ale nie mogłam. Coś mnie powstrzymało.

– Może to miłość? – zapytałem, choć sam nie wierzyłem w to słowo.

– Może. Albo po prostu jestem zmęczona nienawiścią.

Wtedy usłyszeliśmy kroki. Milicja nas znalazła. Luna rzuciła się na nich z siekierą, ja z pistoletem. Strzały, krzyki, krew. W końcu zostałem trafiony w pierś. Upadłem na ziemię, czując, jak życie ze mnie uchodzi.

Luna klęknęła przy mnie, łzy spływały jej po policzkach.

– Nie odchodź, Marcinie. Potrzebuję cię.

– Dotknij mnie… tu – wyszeptałem, kładąc jej dłoń na swoim sercu.

Pocałowała mnie, a ja poczułem, że wszystko, co złe, odchodzi. Przez chwilę byliśmy tylko my – dwoje ludzi, którzy próbowali znaleźć odkupienie w świecie pełnym przemocy.

Ocknąłem się w szpitalu. Luna zniknęła. Mówiono, że widziano ją, jak przekracza granicę, prowadząc grupę uchodźców przez bagna. Zostałem sam, z blizną na piersi i sercem pełnym tęsknoty.

Dziś, gdy patrzę na swoje odbicie w lustrze, pytam siebie: czy można naprawdę odkupić winy? Czy miłość jest silniejsza od nienawiści? A może każdy z nas jest tylko cieniem swojej przeszłości?

Co wy byście zrobili na moim miejscu? Czy można zaufać komuś, kogo się skrzywdziło? Czy warto walczyć o drugą szansę, nawet jeśli wszystko jest przeciwko nam?