„Wino, które zmieniło wszystko: Jak jedna noc w Warszawie zniszczyła imperium Avelarów”
– Co ty wyprawiasz, Lorena?! – syknął przez zęby mój mąż, Rodrigo, kiedy zobaczył, jak podchodzę do tego faceta przy barze. Wszyscy już na niego patrzyli – niepozorny, w tanim garniturze, jakby pomylił drzwi i wszedł do Salonu Rubinowego przez przypadek. Ale ja wiedziałam swoje. W takich miejscach nie ma przypadków.
– Spokojnie, kochanie – odpowiedziałam mu przez zaciśnięte usta. – Zaraz się dowiemy, kto tu naprawdę nie zna swojego miejsca.
Podniosłam kieliszek czerwonego wina i ruszyłam w jego stronę. Czułam na sobie spojrzenia wszystkich tych ludzi – inwestorów, prezesów, żon z operacjami plastycznymi i ich córek w sukienkach za kilkanaście tysięcy złotych. W powietrzu unosił się zapach pieniędzy i perfum, a na ekranach błyszczało logo NeuroDyne Polska. To miała być nasza noc. Noc podpisania kontraktu na 3 miliardy złotych. Noc, która miała nas wynieść na szczyt.
A on stał tam, jakby był niewidzialny. Oparł się o kolumnę i patrzył na wszystkich z boku. Ktoś już wcześniej pytał go, czy nie pomylił sali. Ktoś inny śmiał się, że może szuka kuchni. Ja tylko się uśmiechnęłam – z tym moim uśmiechem, który potrafi ciąć głębiej niż słowa.
– Przepraszam, czy pan tu pracuje? – zapytałam głośno, żeby wszyscy słyszeli. – Jeśli potrzebuje pan pracy, wystarczyło poprosić. Ale do strefy VIP wchodzą tylko zaproszeni goście.
Nie odpowiedział. Spojrzał na mnie spokojnie, jakby widział mnie na wylot. To mnie zirytowało jeszcze bardziej. Rodrigo podszedł do nas i bez słowa wyjął mi kieliszek z ręki. Uniósł go wysoko, jakby chciał wznieść toast.
– Za tych, którzy wiedzą, gdzie ich miejsce – powiedział i wylał czerwone wino prosto na pierś tamtego faceta.
Śmiech rozlał się po sali jak fala. Ktoś wyciągnął telefon i zaczął nagrywać. Słyszałam szepty: „Teraz wie, gdzie jego miejsce”, „Dobrze mu tak”.
On tylko poprawił marynarkę i wyszedł z sali bez słowa. Jakby nic się nie stało. Jakby to on miał nad nami władzę.
Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, kim jest naprawdę.
Minęło może pięć minut. Muzyka nagle ucichła. Na ekranach pojawiły się zakłócenia. Prowadzący imprezę dostał wiadomość i pobladł.
– Proszę państwa… kontrakt został zawieszony – powiedział drżącym głosem.
Zamarliśmy. Rodrigo ruszył w stronę sceny.
– Co to znaczy zawieszony?! Przez kogo?!
Odpowiedź przyszła szeptem:
– Przez głównego inwestora. Przez pana Kajetana Wasilewskiego.
To nazwisko rozeszło się po sali jak prąd. Ktoś pokazał filmik: Rodrigo polewający winem własnego inwestora. Poczułam, jak nogi uginają mi się pod ciężarem wstydu i strachu.
W ciągu kilku minut wszystko zaczęło się walić. Inwestorzy wychodzili jeden po drugim, telefony dzwoniły bez przerwy – blokady kont, odwołane przelewy, akcje leciały na łeb na szyję. Nasz świat – świat Avelarów – zaczął się rozpadać szybciej niż domek z kart.
Nie pamiętam nawet, jak wróciliśmy do domu. Rodrigo siedział przy stole i gapił się w ścianę. Ja płakałam w łazience, ścierając makijaż razem ze łzami.
– Musimy coś zrobić – powiedziałam w końcu cicho. – Musimy go przeprosić.
Pojechaliśmy do niego tej samej nocy. Jego dom był prosty, bez przepychu – zupełnie nie pasował do kogoś, kto trzyma w ręku miliardy.
Drzwi otworzył sam Kajetan Wasilewski. Stał spokojnie, bez cienia gniewu czy satysfakcji.
– Prosimy… pozwól nam to naprawić – zaczęłam błagalnie. – Nie wiedzieliśmy…
– Właśnie to jest problem – przerwał mi cicho. – Nie chcieliście wiedzieć. Wartość człowieka nie mierzy się garniturem ani zaproszeniem do strefy VIP.
Rodrigo przełknął ślinę.
– Czy jest coś… cokolwiek… co możemy zrobić?
Kajetan pokręcił głową.
– Kontrakt jest zakończony. Zaufanie też.
Zanim zamknął drzwi, powiedział jeszcze jedno zdanie:
– Uważajcie na każdy krok. Życie wystawia rachunek każdemu – prędzej czy później.
To była najdłuższa noc mojego życia. Przez kolejne dni media rozpisywały się o naszym upadku. Znajomi przestali odbierać telefony. Rodzina Rodrigo odwróciła się od nas – jego matka powiedziała mi przez telefon:
– Zawsze wiedziałam, że twoja pycha nas zgubi.
Moja matka płakała do słuchawki:
– Lorena, co ty zrobiłaś? Jak mogłaś tak upokorzyć człowieka?
A ja? Siedziałam sama w salonie i patrzyłam na swoje odbicie w lustrze. Zawsze myślałam, że jestem lepsza od innych – bo miałam pieniądze, bo znałam odpowiednich ludzi, bo potrafiłam być twarda i bezwzględna.
Ale tej nocy zrozumiałam coś innego: można mieć wszystko i stracić to w jednej chwili przez własną pychę.
Rodrigo zamknął się w sobie. Przestał wychodzić z domu. Nasze dzieci zaczęły pytać: „Mamo, dlaczego tata płacze?”
Nie miałam odpowiedzi.
Minęły tygodnie. Próbowaliśmy ratować firmę – dzwoniliśmy do wszystkich znajomych, błagaliśmy o pomoc. Nikt nie chciał mieć z nami nic wspólnego.
Pewnej nocy usiadłam przy stole i napisałam list do Kajetana Wasilewskiego:
„Szanowny Panie,
Nie proszę już o drugą szansę dla firmy ani dla nas jako rodziny Avelarów.
Proszę tylko o jedno: żeby Pan wiedział, że żałuję każdego słowa i każdego gestu tamtej nocy.
Nie znałam Pana historii ani wartości – widziałam tylko to, co chciałam zobaczyć.
Dziękuję za lekcję pokory.”
Nie wiem nawet, czy przeczytał ten list.
Dziś mieszkamy w mniejszym mieszkaniu na obrzeżach Warszawy. Rodrigo pracuje jako doradca finansowy dla małych firm – już nie marzy o wielkich kontraktach ani luksusowych imprezach. Ja uczę angielskiego dzieci sąsiadów i czasem sprzątam biura po godzinach.
Czasem spotykam ludzi z dawnych lat – patrzą na mnie z litością albo udają, że mnie nie widzą.
Ale najgorsze są wieczory, kiedy zostaję sama ze swoimi myślami.
Czy naprawdę znamy wartość drugiego człowieka? Czy musimy wszystko stracić, żeby to zrozumieć?
A może są ludzie, którzy nigdy nie nauczą się tej lekcji?
Czekam na wasze historie…