Zatrzaśnięte drzwi, zatrzaśnięte serce: Opowieść matki, która straciła wszystko dla syna

Drzwi zatrzasnęły się tuż przed moją twarzą z głuchym trzaskiem, który odbił się echem w mojej głowie. Stałam na wycieraczce z torbą pełną domowych pierogów i gorącym rosołem, który parzył mi dłoń przez plastikowy pojemnik. Była szósta trzydzieści rano, świt dopiero przecierał się przez okna klatki schodowej, a ja – matka, która oddała wszystko dla swojego syna – poczułam się jak złodziej przyłapany na gorącym uczynku.

Nie mogłam uwierzyć. Jeszcze wczoraj wieczorem lepiłam te pierogi z myślą o Bartku – moim jedynaku, moim oczku w głowie. Zawsze lubił z mięsem, tak jak jego ojciec. Przez całe życie starałam się, żeby niczego mu nie brakowało. Nawet kiedy sama nie miałam siły, kiedy po śmierci męża musiałam pracować na dwa etaty w szpitalu i w szkole, żeby opłacić rachunki i kupić mu komputer do nauki. Wszystko dla Bartka.

A dziś… dziś Bartek zamknął mi drzwi przed nosem. Nawet nie spojrzał na mnie. Tylko przez chwilę widziałam jego twarz – zmęczoną, jakby obcą. Za nim, w korytarzu, stała jego żona – Sylwia. W jej oczach zobaczyłam cień triumfu i coś jeszcze… pogardę? Nie wiem. Może to tylko moje wyobrażenie.

— Mamo, nie możesz tak po prostu przychodzić bez zapowiedzi! — powiedział Bartek przez szparę w drzwiach, zanim je zatrzasnął. — Sylwia śpi, ja mam za godzinę pracę. Daj nam żyć! —

Zostałam sama na klatce schodowej. Sąsiadka z naprzeciwka uchyliła drzwi i spojrzała na mnie z litością. Uśmiechnęłam się blado i udawałam, że wszystko jest w porządku. Ale nie było.

Wróciłam do domu, usiadłam przy kuchennym stole i rozpłakałam się jak dziecko. Przypomniałam sobie wszystkie te lata – jak Bartek chorował na zapalenie płuc i spałam przy jego łóżku w szpitalu, jak uczyłam go jeździć na rowerze po parku Skaryszewskim, jak płakał po pierwszej miłości i tulił się do mnie mówiąc: „Mamo, tylko ty mnie rozumiesz”.

A teraz? Teraz jestem intruzem. Przeszkadzam. Jestem problemem.

Mój świat zaczął się walić już kilka miesięcy temu, kiedy Bartek ożenił się z Sylwią. Dziewczyna z dobrego domu, wykształcona, pracująca w korporacji na Mordorze. Jej rodzice – państwo Nowiccy – od początku patrzyli na mnie z góry. „Pani Danuto, a czym się pani zajmuje? Ach, pielęgniarka…” — mówiła jej matka z uśmiechem pełnym wyższości.

Na weselu czułam się jak piąte koło u wozu. Bartek był szczęśliwy, więc milczałam. Po ślubie kupiłam im nową lodówkę na raty i oddałam im połowę swoich oszczędności na remont kuchni. Sylwia nawet nie podziękowała.

Z czasem zaczęły się drobne nieporozumienia. Przynosiłam im obiady – bo wiem, że Bartek nie lubi Sylwii gotowania, a ona nie ma czasu ani ochoty stać przy garach. Zawsze zostawiałam jedzenie pod drzwiami albo dzwoniłam wcześniej. Ale Sylwia zaczęła mówić Bartkowi:

— Twoja mama traktuje nas jak dzieci. Nie chcę jej tu codziennie widzieć! —

Bartek próbował mnie bronić:

— Mamo, Sylwia jest zmęczona po pracy… Może rzadziej będziesz przychodzić? —

Ale ja nie umiałam inaczej. Całe życie byłam dla niego wszystkim – matką, ojcem, przyjaciółką. Po śmierci męża zostało nam tylko to: bliskość.

Pewnego dnia usłyszałam przez przypadek rozmowę Bartka z Sylwią:

— Musisz jej powiedzieć jasno! — syczała Sylwia. — Nie chcę jej tu codziennie! To jest NASZE mieszkanie!
— Ale ona chce dobrze…
— Mam to gdzieś! Albo ona przestaje się wtrącać, albo ja się wyprowadzam!

Serce mi pękło.

Próbowałam rozmawiać z Bartkiem:

— Synku… Ja tylko chcę wam pomóc…
— Mamo, musisz zrozumieć… Sylwia ma rację. Jesteśmy dorośli.
— Ale przecież zawsze byliśmy razem…
— Teraz mam żonę. Musisz się z tym pogodzić.

Od tamtej pory czułam się coraz bardziej samotna. Przestałam dzwonić codziennie, przestałam przynosić obiady co drugi dzień. Ale dziś… dziś chciałam zrobić wyjątek. Była sobota, wiedziałam, że Bartek miał ciężki tydzień w pracy. Chciałam go zaskoczyć.

Zaskoczyłam – ale siebie samą.

Przez kolejne dni nie mogłam spać. Chodziłam po mieszkaniu jak cień samej siebie. W pracy koleżanki pytały:

— Danusia, co się stało? Wyglądasz jakbyś ducha zobaczyła.

Nie umiałam odpowiedzieć.

W końcu zadzwoniła do mnie moja siostra, Teresa:

— Danusia, musisz dać im spokój! Oni mają swoje życie!
— Ale ja nie umiem inaczej…
— Naucz się! Bo stracisz syna na zawsze!

Czy to naprawdę moja wina? Czy można kochać za bardzo?

Pewnego wieczoru zadzwonił Bartek:

— Mamo… przepraszam za tamto rano. Ale musisz zrozumieć Sylwię… Ona czuje się osaczona.
— A ty? Ty też czujesz się osaczony?
— Nie wiem… Po prostu chcemy mieć trochę prywatności.
— A ja? Ja już nie jestem twoją rodziną?
— Jesteś… ale inaczej.

Inaczej… To słowo bolało najbardziej.

Od tamtej pory widujemy się rzadko. Bartek wpada czasem sam na kawę – nigdy z Sylwią. Rozmawiamy o pogodzie, o pracy… Nigdy o tym co najważniejsze.

Czasem patrzę na zdjęcia Bartka z dzieciństwa i pytam siebie: gdzie popełniłam błąd? Czy powinnam była wcześniej nauczyć się żyć dla siebie? Czy matka powinna umieć odpuścić?

Dziś siedzę sama w kuchni z talerzem zimnych pierogów i pytam: czy można kochać dziecko za bardzo? Czy miłość matki może być ciężarem? A może to świat zwariował i nie ma już miejsca dla takich matek jak ja?