Kiedy prawda boli: Walka ojca o syna w polskiej szkole – Moja historia bezsilności i nadziei
– Panie Michale, proszę natychmiast przyjechać do szkoły. Kuba stracił przytomność na lekcji matematyki. Karetka już jedzie – głos sekretarki był drżący, a ja poczułem, jak ziemia usuwa mi się spod nóg.
Wybiegłem z pracy, nie pamiętam nawet, jak dotarłem na miejsce. W głowie huczało mi tylko jedno: „Co się stało mojemu synowi?!”
Na szkolnym korytarzu panował chaos. Przez tłum dzieci i nauczycieli przedzierałem się do sali, gdzie leżał Kuba. Był blady jak ściana, a pielęgniarka próbowała go ocucić. Obok stała wychowawczyni, pani Grażyna, z miną pełną wyrzutów sumienia.
– Przepraszam, panie Michale… Kuba mówił, że źle się czuje, ale myślałam, że to tylko stres przed sprawdzianem…
Nie słuchałem już jej tłumaczeń. Kiedy ratownicy zabrali Kubę do karetki, pojechałem za nimi na sygnale. W szpitalu usłyszałem diagnozę: silny atak hipoglikemii. Mój syn od miesięcy miał objawy cukrzycy, ale nikt w szkole nie zwracał na to uwagi.
Wróciłem do domu z Kubą tego samego wieczoru. Siedzieliśmy w kuchni w milczeniu. Moja żona, Ania, płakała cicho przy stole.
– Michał… Jak mogli tego nie zauważyć? Przecież mówiłam wychowawczyni, że Kuba ostatnio jest słaby…
– Aniu, nie wiem… Ale nie zostawię tak tego. – Zacisnąłem pięści. – Ktoś musi ponieść odpowiedzialność.
Następnego dnia poszedłem do szkoły. Dyrektor, pan Zbigniew, przyjął mnie chłodno.
– Panie Michale, rozumiemy pańskie emocje, ale proszę pamiętać, że szkoła nie jest szpitalem. Nauczyciele mają pod opieką trzydziestu uczniów…
– Ale mój syn prosił o pomoc! Ignorowaliście go! – krzyknąłem, czując narastającą wściekłość.
Dyrektor wzruszył ramionami.
– Proszę złożyć skargę na piśmie. Zbadamy sprawę.
Wyszedłem stamtąd z poczuciem totalnej bezsilności. Przez kolejne dni Kuba bał się wracać do szkoły. Nauczyciele patrzyli na niego jak na problem. Koledzy szeptali za jego plecami: „Ten od cukrzycy”.
Wieczorami siedziałem przy jego łóżku i słuchałem jego cichego płaczu.
– Tato… Czemu oni mnie nie rozumieją? Przecież ja nie chciałem być chory…
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Sam czułem się zagubiony.
Zacząłem szukać pomocy – pisałem maile do kuratorium, rozmawiałem z innymi rodzicami. Okazało się, że nie jestem sam. Pani Monika z klasy obok opowiedziała mi o swoim synu z astmą, który też był ignorowany przez nauczycieli.
– Oni nie chcą mieć problemów – powiedziała gorzko. – Najlepiej udawać, że nic się nie dzieje.
Zorganizowałem spotkanie rodziców z dyrekcją. Przyszło kilkanaście osób. Każdy miał swoją historię: dziecko z alergią, z depresją, z ADHD… Wszyscy czuliśmy się bezsilni wobec systemu.
Na spotkaniu dyrektor próbował nas uciszyć:
– Proszę państwa, szkoła robi co może. Nie mamy środków na dodatkowych specjalistów.
Wtedy nie wytrzymałem.
– To może przestańcie udawać, że wszystko jest w porządku! Ile jeszcze dzieci musi zachorować albo cierpieć przez waszą obojętność?!
W sali zapadła cisza. Widziałem łzy w oczach kilku matek.
Po spotkaniu zaczęły się plotki. Nauczyciele patrzyli na mnie jak na wichrzyciela. Kuba coraz częściej wracał ze szkoły smutny.
– Tato… Może lepiej się nie wychylać? Boję się, że będą się nade mną znęcać…
Ale nie mogłem już przestać walczyć. Pisałem petycje, rozmawiałem z mediami lokalnymi. W końcu sprawą zainteresowała się jedna dziennikarka z „Gazety Krakowskiej”. Opisała naszą historię – nagle odezwały się inne rodziny z całej Polski.
Dostałem setki wiadomości: „Dziękuję za odwagę”, „U nas było podobnie”, „Nie poddawaj się”.
Ale były też groźby i hejt: „Zajmij się własnym dzieckiem”, „Przestań robić zamieszanie”.
Moja żona zaczęła mieć wątpliwości:
– Michał… Może rzeczywiście przesadzasz? Może lepiej odpuścić?
Spojrzałem na Kubę – siedział skulony przy stole, bawiąc się glukometrem.
– Nie mogę odpuścić – powiedziałem cicho. – Jeśli teraz się poddamy, nic się nie zmieni.
Minęły miesiące walki. Szkoła w końcu zatrudniła pielęgniarkę na pół etatu i przeprowadziła szkolenie dla nauczycieli o chorobach przewlekłych u dzieci. Ale atmosfera wokół naszej rodziny była napięta jak nigdy wcześniej.
Kuba powoli odzyskiwał pewność siebie. Zaczął chodzić na terapię i znalazł kilku przyjaciół, którzy go wspierali. Ja sam czuję się wyczerpany tą walką – ale wiem, że była konieczna.
Czasem siadam wieczorem na balkonie i pytam sam siebie: Czy naprawdę musimy walczyć o podstawowe prawa naszych dzieci? Czy system kiedykolwiek zacznie widzieć w nich ludzi, a nie tylko numery w dzienniku?
A Wy? Co byście zrobili na moim miejscu? Czy warto ryzykować wszystko dla prawdy i sprawiedliwości?