„Czy można kochać kogoś, kogo się straciło?” – Historia o miłości, winie i przebaczeniu w deszczowej Warszawie
– „Nie musisz się tłumaczyć, Tomek. Wiem, dlaczego tu jesteś.”
Jej głos był cichy, ledwo słyszalny przez szum deszczu odbijającego się od blachy przystanku. Stała skulona, z ramionami zaciśniętymi wokół starej torebki, a ja czułem, jak serce wali mi w piersi. Minęło pięć lat od rozwodu, a jednak widok Magdy – mojej byłej żony – pod tym samym przystankiem autobusowym na Grochowie sprawił, że poczułem się jak wtedy, gdy pierwszy raz ją zobaczyłem w liceum.
– Magda… – zacząłem niepewnie. – Chodź, podwiozę cię do domu. Przemokniesz na kość.
Spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem, ale w jej oczach czaił się smutek, którego nie potrafiłem zignorować. Wsiadła do samochodu bez słowa. Przez chwilę jechaliśmy w milczeniu, tylko wycieraczki monotonnie przesuwały się po szybie.
– Jak się czujesz? – zapytałem w końcu.
– Tak jak zawsze – odpowiedziała cicho. – A ty?
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Pracowałem w biurze projektowym na Mokotowie, miałem kawalerkę na Ursynowie i życie, które z zewnątrz wyglądało na poukładane. Ale w środku czułem pustkę, której nie potrafiłem niczym zapełnić.
Zatrzymałem się pod jej blokiem – starym, szarym wieżowcu z odpadającym tynkiem. Magda wysiadła i spojrzała na mnie przez ramię.
– Chcesz wejść? – zapytała niespodziewanie.
Wszedłem za nią po skrzypiących schodach. Jej mieszkanie było małe i ciemne, pachniało wilgocią i starymi książkami. Na ścianie nad łóżkiem wisiało nasze zdjęcie ślubne – wyblakłe, ale wciąż pełne nadziei.
– Dlaczego je trzymasz? – zapytałem szeptem.
Magda wzruszyła ramionami.
– Bo nie umiem wyrzucić wspomnień. Nawet jeśli bolą.
Usiedliśmy naprzeciwko siebie przy rozklekotanym stole. Przez chwilę milczeliśmy, aż w końcu nie wytrzymałem:
– Myślisz czasem o tym, co by było, gdyby…
– Gdybyśmy mieli dziecko? – przerwała mi ostro. – Tomek, ja wiem, że twoja mama nigdy mi tego nie wybaczyła. Ani ja sobie.
Poczułem znajome ukłucie winy. To była nasza tragedia – trzy lata starań, badania, lekarze, nadzieje i rozczarowania. Diagnoza była jednoznaczna: Magda nie mogła mieć dzieci. Moja matka próbowała być wyrozumiała, nawet sugerowała adopcję, ale Magda zamknęła się w sobie.
Pamiętam tamten wieczór sprzed lat:
– Tomek… podpisz to – powiedziała wtedy, kładąc przede mną papiery rozwodowe. – Nie chcę być ciężarem. Zasługujesz na rodzinę.
Błagałem ją, żeby została. Ale była nieugięta. Odeszła z podniesioną głową i łzami w oczach.
Teraz siedzieliśmy naprzeciwko siebie jak dwójka rozbitków na tratwie wspomnień.
– Przepraszam… – wyszeptałem.
– Za co? Za to, że mnie kochałeś? Czy za to, że pozwoliłeś mi odejść?
Nie potrafiłem odpowiedzieć.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Magda zerknęła przez wizjer i westchnęła ciężko.
– To sąsiadka z dołu. Zawsze przychodzi pożyczyć cukier albo poplotkować o wszystkich w bloku.
Usiadłem z powrotem przy stole i słuchałem ich rozmowy zza drzwi:
– Pani Magdo! Znowu pada! Jakby świat chciał nas utopić…
– Dzień dobry, pani Zosiu. Tak, pogoda dziś okropna…
Gdy sąsiadka wyszła, Magda wróciła do kuchni i nalała mi herbaty do wyszczerbionego kubka z napisem „Najlepsza żona”.
– Wiesz… czasem myślę, że gdybyśmy wtedy zdecydowali się na adopcję… Może wszystko potoczyłoby się inaczej?
– Może… Ale czy bylibyśmy szczęśliwi? – zapytałem szczerze.
Magda spojrzała na mnie uważnie:
– A jesteś szczęśliwy teraz?
Zamilkłem. Odpowiedź była oczywista.
Nagle poczułem impuls. Wstałem i podszedłem do niej. Delikatnie dotknąłem jej dłoni.
– Magda… ja nigdy nie przestałem cię kochać.
Zadrżała lekko, ale nie cofnęła ręki.
– Tomek… proszę cię… Nie komplikuj mi życia bardziej niż już jest.
Ale ja już nie mogłem się zatrzymać. Przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem – pierwszy raz od lat. Przez chwilę świat przestał istnieć: byliśmy tylko my i szum deszczu za oknem.
Noc spędziliśmy razem – po raz pierwszy od rozwodu. Rano obudziłem się obok niej; spała spokojnie, jakby przez chwilę zapomniała o wszystkich troskach świata.
Patrzyłem na nią długo, potem na nasze zdjęcie ślubne nad łóżkiem. Wiedziałem, że to był błąd – że nie możemy wrócić do przeszłości tak po prostu. Ale czułem też ulgę: przez tę jedną noc byliśmy znowu razem, wolni od winy i żalu.
Zostawiłem jej kartkę na stole:
„Nie wiem, co będzie dalej. Ale jeśli będziesz mnie potrzebować – zawsze będę.”
Nie zadzwoniła już nigdy więcej. Po kilku tygodniach dostałem list:
„Nie żałuję tej nocy. Chcę tylko, żebyś był szczęśliwy. Niech to będzie nasze najpiękniejsze wspomnienie.”
Minęły lata. Czasem przechodzę pod jej blokiem i patrzę na okno z małym kwiatkiem na parapecie. Nigdy nie wchodzę do środka – tylko stoję i patrzę z daleka.
Czasem myślę: czy można naprawdę kochać kogoś przez całe życie – nawet jeśli już go nie ma obok? Czy żal za utraconą miłością kiedyś mija?
A wy? Czy potrafilibyście wybaczyć sobie przeszłość?