Mąż żądał codziennie świeżego obiadu. Kiedy przestałam gotować, usłyszałam, że „nie dbam o rodzinę”
— Tego nie będę jadł. Przecież to jest z wczoraj — powiedział Marek i odsunął talerz tak gwałtownie, że sos chlapnął na świeżo umyty stół.
Stałam przy kuchence w płaszczu, bo nawet nie zdążyłam się rozebrać. Była dziewiętnasta dwadzieścia. Wróciłam po dziesięciu godzinach pracy, dwóch przesiadkach i awanturze z kierowniczką, która znów kazała mi zostać po godzinach.
— To gulasz. Wczoraj ugotowałam go na dwa dni.
— Ja nie lubię odgrzewanego. Wiesz o tym.
Wiedziałam. Tak samo jak wiedziałam, że lodówka jest prawie pusta, rata kredytu wzrosła o czterysta złotych, a do wypłaty zostało dziewięć dni.
Marek też pracował na pełny etat. Zarabialiśmy prawie tyle samo. Różnica polegała na tym, że jego dzień kończył się po przekroczeniu progu mieszkania. Mój dopiero wtedy zaczynał się naprawdę.
Zakupy, pranie, łazienka, rachunki, telefony do administracji. I gotowanie. Zawsze świeże, bo Marek twierdził, że „człowiek nie jest śmietnikiem” i zasługuje na porządny posiłek.
Na początku brałam to za troskę o zdrowie. Jego mama, pani Krystyna, codziennie gotowała dwudaniowe obiady. Nawet gdy miała gorączkę, stała przy garnkach. Marek opowiadał o tym z dumą.
— Mama potrafiła zadbać o dom — powiedział kiedyś, gdy podałam pierogi z zamrażarki.
To zdanie siedziało we mnie długo.
Próbowałam się bardziej starać. W niedziele robiłam listy posiłków. Wieczorami kroiłam warzywa na następny dzień. Wstawałam wcześniej, żeby zamarynować mięso. Zdarzało mi się płakać nad zlewem, cicho, żeby nie usłyszał.
Najgorszy był listopad. Zachorowałam, ale poszłam do pracy, bo wykorzystałam już opiekę na córkę. Wróciłam z gorączką i położyłam się w ubraniu na kanapie.
— Anka, co będzie na kolację? — zapytał Marek z przedpokoju.
Myślałam, że żartuje.
— Mam prawie trzydzieści dziewięć stopni.
— No widzę. Mogę ci pomóc, tylko powiedz, co wyjąć.
Nie chciałam pomocy polegającej na wykonywaniu moich poleceń. Chciałam, żeby sam otworzył lodówkę i pomyślał.
Kilka tygodni później spotkałam przypadkiem jego kolegę, Pawła. Rozmawialiśmy przed sklepem. Paweł zaśmiał się, że Marek od trzech dni przynosi do pracy mój bigos.
— Podgrzewamy go w mikrofalówce. Dobry jak diabli.
Zrobiło mi się gorąco. W domu Marek odmówił zjedzenia tego samego bigosu na drugi dzień. W pracy nagle mu nie przeszkadzał.
Wieczorem postawiłam przed nim pusty talerz.
— Co to ma być? — zapytał.
— Twoja kolacja. Możesz położyć na nim, co chcesz.
Najpierw się roześmiał. Potem zobaczył moją twarz.
— Znowu robisz aferę o nic.
— Nie o jedzenie. O to, że traktujesz mnie jak obsługę. Od jutra gotujemy na zmianę albo każdy robi sobie sam.
— Ja nie umiem.
— Ja też kiedyś nie umiałam.
Wtedy powiedział, że przesadzam, że jego wymagania są normalne, że świeże jedzenie to zdrowie. Na koniec zadzwonił do matki. Pani Krystyna oddzwoniła do mnie po kilku minutach.
— Mężczyzna po pracy powinien dostać ciepły obiad — oznajmiła.
— A kobieta po pracy co powinna dostać?
Zapadła cisza. Tak długa, że słyszałam telewizor w jej mieszkaniu.
Przez pierwszy tydzień Marek zamawiał jedzenie. Wydał prawie sześćset złotych ze wspólnego konta. Gdy zwróciłam mu uwagę, nazwał mnie skąpą. Wtedy przelałam swoją część pieniędzy na osobne konto i zapłaciłam połowę rachunków. Chyba dopiero to nim wstrząsnęło.
Przez kilka dni prawie się nie odzywaliśmy. Jadłam z córką zupę ugotowaną na trzy dni. Marek smażył sobie jajka albo chodził do matki. W mieszkaniu panował chłód większy niż za oknem.
Pewnego piątku wróciłam późno. Na kuchence stał garnek krupniku. Marchew była pokrojona nierówno, kasza rozgotowana, a blat wyglądał jak po bitwie.
— Nie wiedziałem, ile tego wszystkiego jest — powiedział cicho Marek. — Myślałem, że po prostu… no, robisz obiad.
Nie rzuciłam mu się na szyję. Za długo byłam zmęczona, żeby jeden garnek naprawił wszystko. Ustaliliśmy podział obowiązków i zapisaliśmy go na kartce przy lodówce. Marek gotuje trzy razy w tygodniu. Ja dwa. W weekend robimy większą porcję, nawet jeśli trzeba ją później odgrzać.
Nadal czasem marudzi. Ja nadal czasem mam odruch, żeby zrobić wszystko sama i uniknąć kłótni. Ale już wiem, że spokój kupiony własnym wyczerpaniem wcale nie jest spokojem.
Czy naprawdę trzeba doprowadzić partnerkę do granic wytrzymałości, żeby zauważyć jej pracę? I czy troska o „świeży obiad” ma jakąkolwiek wartość, jeśli osoba, która go gotuje, każdego dnia gaśnie?