„Przecież i tak siedzisz sama”. Kiedy córka zaplanowała mi życie, pierwszy raz powiedziałam: nie
— Przecież i tak siedzisz sama — powiedziała Marta, podsuwając mi kartkę z godzinami. — Odbierałabyś Zosię o trzynastej. Do osiemnastej, czasem dziewiętnastej. Dla ciebie to chyba nawet lepiej.
Spojrzałam na wtorek. Właśnie na ten dzień zapisałam się na dyżur w osiedlowym punkcie pomocy. Pierwszy raz od miesięcy ktoś czekał tam na mnie nie dlatego, że byłam matką albo żoną.
— We wtorki nie mogę.
Córka przestała mieszać herbatę.
— Czyli obcym pomożesz, a własnej wnuczce nie?
Jeszcze niedawno przeprosiłabym i odwołała wszystko. Nawet już otworzyłam usta.
Po śmierci Andrzeja przez trzy lata utrzymywałam mieszkanie tak, jakby miał zaraz wrócić. Jego kapcie stały pod szafką. Kupowałam ulubioną musztardę, chociaż sama jej nie jadłam. Kiedy ostatni wyprowadził się Paweł, zostały mi trzy pokoje w bloku na łódzkim osiedlu i cisza, której nie zagłuszał nawet telewizor.
Najgorsze były niedziele. Gotowałam rosół w dużym garnku, potem rozlewałam go do pudełek. Dzieci przyjeżdżały, brały jedzenie, pytały, czy czegoś potrzebuję.
Mówiłam, że nie.
Bo jak powiedzieć własnemu dziecku: potrzebuję, żebyś posiedział jeszcze dwadzieścia minut, ale nie z litości?
Miałam pięćdziesiąt osiem lat. Rentę rodzinną, rachunki spięte klamerką i zwyczaj sprawdzania telefonu, zanim jeszcze wstałam z łóżka.
Kiedyś szyłam. Umiałam z kawałka materiału zrobić sukienkę, która dobrze leżała. Miałam iść na kurs kroju, potem zatrudnić się w pracowni. Najpierw jednak urodziła się Marta, później Paweł często chorował. Andrzej pracował na zmiany, więc zostałam w domu.
Nie żałowałam dzieci. Ale czasem żałowałam siebie. I zaraz było mi za to wstyd.
Irena przyszła któregoś ranka z drożdżówkami i zastała mnie w szlafroku. Dochodziła jedenasta.
— Ubieraj się — powiedziała.
— Nigdzie nie idę.
Moja siostra zdjęła z suszarki spodnie i położyła mi je na kolanach.
— To pójdziemy i będziesz po drodze narzekać.
Zaprowadziła mnie do punktu pomocy przy domu kultury. Potrzebowali kogoś do sortowania ubrań. Pachniało tam kawą, proszkiem do prania i mokrymi kurtkami.
Przez pierwszą godzinę tylko składałam swetry. Potem znalazłam zimowy płaszcz z rozdartą podszewką.
— Szkoda wyrzucać. Mogę naprawić — powiedziałam.
Pani Danuta podniosła głowę.
— Naprawdę? Bo mamy jeszcze cały worek takich rzeczy.
Wróciłam do domu po maszynę. Pierwszy raz od dawna spieszyłam się do czegoś, co nie było wizytą lekarską.
Po miesiącu miałam swoje miejsce przy oknie. Przynosiłam kanapki, śmiałam się z Ireną, poznawałam ludzi, którzy też mieli swoje kłopoty. Zaczęłam spać bez włączonego telewizora.
Wtedy Marta dostała propozycję pełnego etatu.
Rozumiałam ją. Kredyt, podwyżka czynszu, mąż pracujący do późna. Sama pamiętałam liczenie pieniędzy przy kuchennym stole. Tylko że ona przyszła z gotowym planem, nie z pytaniem.
— Mogę odbierać Zosię dwa razy w tygodniu — powiedziałam. — W pozostałe dni musicie coś ustalić.
— Opiekunka kosztuje.
— Wiem.
— Nie stać nas na twoje nowe hobby.
Zrobiło mi się gorąco. Schowałam dłonie pod stołem, bo zaczęły drżeć.
— To nie jest hobby przeciwko wam.
Marta zabrała kartkę. Wyszła bez herbaty i bez pojemnika z zupą.
Wieczorem zadzwonił Paweł.
— Mama, nie możesz trochę odpuścić? Marta płakała.
— A zapytałeś, czy ja płaczę?
Zapadła cisza. Słyszałam, jak przesuwa coś po stole.
— Nie wiedziałem, że jest aż tak.
— Bo zawsze mówiłam, że wszystko dobrze.
Tej nocy niemal wysłałam córce wiadomość, że jednak będę przychodzić codziennie. Napisałam ją nawet. Potem zadzwoniłam do Ireny.
— Boję się, że przestaną mnie potrzebować.
— Helenka, ty chcesz, żeby cię potrzebowali czy żeby chcieli z tobą być?
Nie umiałam odpowiedzieć. Skasowałam wiadomość.
Marta odezwała się po czterech dniach. Bez wielkich przeprosin. Zapytała, czy możemy jeszcze raz porozmawiać.
Przyznała, że powrót do pracy ją przerażał. Ja powiedziałam jej o niedzielach, kapciach Andrzeja i o tym, że czasem do południa nie miałam powodu, żeby się ubrać.
Płakałyśmy obie. Trochę ze złości też.
Ustaliłyśmy dwa popołudnia. Jedno wzięła na siebie druga babcia, resztę Marta z mężem poukładali inaczej. Nie było idealnie. Raz usłyszałam jeszcze przez telefon ciężkie westchnienie, kiedy odmówiłam dodatkowego dnia.
Ale w czwartek odebrałam Zosię i nie byłam rozżalona. Upiekłyśmy naleśniki. Wieczorem oddałam ją mamie i pojechałam na swój pierwszy od trzydziestu lat kurs szycia.
Kapcie Andrzeja nadal mam. Schowałam je do pudełka, obok zdjęć. Przy maszynie potrzebowałam miejsca.
Kocham moje dzieci tak samo mocno jak dawniej. Czy naprawdę muszę być zawsze dostępna, żeby one mogły w to wierzyć?