Przyjaźniłyśmy się od podstawówki. Przed ślubem powiedziała, że jestem za gruba, żeby być jej świadkową

— Tylko się nie obrażaj, ale wolałabym, żebyś jednak nie była moją świadkową — powiedziała Karolina, przesuwając w moją stronę talerzyk z sernikiem. — Ta sukienka po prostu już na tobie nie wygląda.

Spojrzałam na ciasto, potem na nią. Jeszcze minutę wcześniej rozmawiałyśmy o kwiatach na stoły. Siedziałam w jej kuchni, z torbą pełną próbek wstążek przy nodze.

— Jak to: nie wygląda?

Westchnęła, jakbym zmuszała ją do tłumaczenia czegoś oczywistego.

— Ustaliłyśmy konkretny fason. Ty, Magda i Ola miałyście wyglądać spójnie. A teraz… no sama widzisz.

Widziałam. W ciągu ostatniego roku przytyłam czternaście kilogramów. Widziałam to codziennie, kiedy zapinałam spodnie na leżąco albo odkładałam w sklepie bluzkę, której nawet nie chciałam przymierzać.

Nie wiedziałam tylko, że Karolina też prowadzi rachunek.

Znałyśmy się od drugiej klasy podstawówki. Oddała mi wtedy połowę kanapki, bo zapomniałam śniadania. Potem były wspólne powroty z lekcji, pierwsze wagary i siedzenie na podłodze w jej łazience, kiedy płakała po chłopaku.

Gdy poprosiła mnie o świadkowanie, rozpłakałam się ze szczęścia. Powiedziała: „Przecież nikogo innego tam sobie nie wyobrażam”.

Najwyraźniej wyobraziła.

— Mogę uszyć większą sukienkę. Zapłacę za poprawki — powiedziałam.

— To nie jest kwestia poprawek.

Odwróciła telefon. Na ekranie miała zdjęcie trzech szczupłych kobiet w jednakowych, szałwiowych sukienkach.

— Zobacz proporcje. Mamy konkretną estetykę. Fotograf też mówił, że dobrze, jak wszystko jest harmonijne.

Do dziś nie wiem, czy naprawdę to powiedział.

Przez ostatnie miesiące żyłam między pracą w przychodni a mieszkaniem mamy. Po operacji biodra potrzebowała pomocy przy kąpieli, zakupach, nawet przy założeniu skarpet. Mój brat, Paweł, pracował pod Poznaniem i wpadał w niedziele z ciastkami. Na resztę byłam ja.

Jadłam późno. Cokolwiek. Czasem dwie drożdżówki nad zlewem, bo obiadu już nie miałam siły robić. Do tego mało snu i leki dobrane po kilku miesiącach lęków. Karolina wiedziała o wszystkim.

Nie musiałam jednak przedstawiać dokumentacji medycznej, żeby zasłużyć na miejsce obok niej.

— Czyli za bardzo przytyłam, żeby podpisać ci dokumenty w kościele?

— Nie przekręcaj. Możesz normalnie przyjść. Tylko jako gość.

Powiedziała to z ulgą. Jakby właśnie znalazła rozwiązanie dobre dla nas obu.

Wstałam tak gwałtownie, że łyżeczka spadła na podłogę. Schyliłam się po nią odruchowo. To pamiętam najlepiej: zbierałam jej sztućce, kiedy ona tłumaczyła mi, dlaczego nie pasuję do zdjęcia.

Do domu wracałam autobusem. Trzymałam torbę na kolanach i płakałam bezgłośnie. Starsza pani podała mi chusteczkę. Obcej osobie łatwiej było zauważyć, że dzieje mi się krzywda.

Wieczorem Karolina napisała: „Nie róbmy z tego dramatu. To mój jeden dzień”.

Patrzyłam na wiadomość chyba godzinę.

Przypomniałam sobie zaliczkę za wieczór panieński, którą wyłożyłam, bo dziewczyny miały oddać później. Osiemset złotych. Dla mnie zakupy, rachunek za prąd i część rehabilitacji mamy. Przypomniałam sobie trzy soboty spędzone na szukaniu sali i urlop wzięty na przymiarkę jej sukni.

I nagle poczułam złość. Nie na swoje ciało. Na nią.

Napisałam, że nie przyjdę na ślub, prześlę wszystkie ustalenia Oli i proszę o zwrot mojej części zaliczki, jeśli uda się znaleźć kogoś na moje miejsce.

Zadzwoniła od razu.

— Serio chcesz przekreślić dwadzieścia lat przez sukienkę?

— Nie przez sukienkę.

— Zawsze byłaś przewrażliwiona na punkcie wyglądu.

Ścisnęłam telefon tak mocno, że zabolały mnie palce.

— To dlaczego akurat w to uderzyłaś?

Milczała. Słyszałam tylko, jak zamyka jakieś szuflady.

Dwa dni później zadzwoniła Magda. Karolina opowiadała, że obraziłam się, bo nie chciała zmieniać całej oprawy wesela pod jedną osobę. Wysłałam Magdzie zrzuty wiadomości. Nie po to, żeby zbierać sojuszniczki. Zwyczajnie nie chciałam jeszcze zostać tą, która wszystko zepsuła.

Karolina oddała pieniądze po tygodniu. W tytule przelewu wpisała: „Żebyś już nie miała pretensji”.

W dniu jej ślubu pojechałam z mamą na kontrolę. Potem zjadłyśmy pomidorową w barze obok szpitala. Mama zapytała, czy nie żałuję.

— Żałuję — odpowiedziałam. — Tylko nie tego, że mnie tam nie ma.

Wieczorem wyciszyłam relacje wspólnych znajomych. Nie chciałam sprawdzać, kto zajął moje miejsce i czy sukienka dobrze leżała.

Wciąż czasem mam odruch, żeby do niej zadzwonić z jakąś głupotą. Potem przypominam sobie tamten talerzyk sernika i odkładam telefon.

Tęsknię za przyjaciółką, którą znałam. Ale czy naprawdę ją znałam, skoro musiałam schudnąć, żeby nadal pasować do jej życia?