Moje sąsiedzkie dziecko to nie moja odpowiedzialność – jak powiedzieć „dość”?

– Mamo, a czy Zuzia może dziś zjeść z nami obiad? – zapytała mnie Ania, moja ośmioletnia córka, patrząc na mnie wielkimi, błagalnymi oczami.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, zza drzwi dobiegł mnie głos pani Ewy, mojej sąsiadki: – Pani Kasiu, przepraszam, ale muszę jeszcze wyskoczyć do apteki. Zuzia może zostać u was? To tylko godzinka!

To już nie była pierwsza taka sytuacja. Właściwie, od kilku miesięcy Zuzia coraz częściej pojawiała się u nas na obiedzie, czasem nawet na kolacji. Na początku myślałam: „Drobiazg, przecież to tylko dziecko, a Ewa ma ciężko po rozwodzie”. Ale z czasem zaczęłam czuć się jak darmowa opiekunka i stołówka.

W kuchni czekał już rosół. Ania i Zuzia usiadły przy stole, śmiejąc się i rozmawiając o szkole. Patrzyłam na nie z mieszanką czułości i irytacji. Z jednej strony cieszyłam się, że moja córka ma przyjaciółkę, z drugiej – czułam narastającą frustrację. Ile jeszcze razy mam gotować na cztery osoby, kiedy planowałam obiad tylko dla nas dwóch?

Po obiedzie dziewczynki pobiegły do pokoju Ani. Usiadłam przy stole i poczułam łzy napływające do oczu. Przypomniałam sobie rozmowę z mamą sprzed tygodnia:

– Kasiu, musisz postawić granice. Ludzie wykorzystają cię, jeśli im na to pozwolisz.

– Ale mamo, co mam zrobić? Przecież to tylko dziecko…

– To nie jest twoje dziecko! – odpowiedziała stanowczo mama.

Wieczorem, gdy Ewa przyszła po Zuzię, uśmiechnęła się szeroko:

– Dziękuję ci, Kasiu! Jesteś niezastąpiona! Zupełnie nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.

Chciałam coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Uśmiechnęłam się tylko blado i zamknęłam drzwi.

Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Tym razem Ewa zadzwoniła do mnie o 16:00:

– Kasiu, mogłabyś dziś odebrać Zuzię ze świetlicy? Mam pilne spotkanie w pracy…

Zgodziłam się odruchowo. Położyłam słuchawkę i poczułam narastającą złość. Czy ona naprawdę nie widzi, że przesadza? Czy ja naprawdę muszę być zawsze tą miłą sąsiadką?

Wieczorem usiadłam z Anią na łóżku.

– Mamo, czemu jesteś smutna?

– Nie jestem smutna, kochanie… Po prostu jestem trochę zmęczona.

– Bo Zuzia często u nas jest?

Spojrzałam na córkę. Była taka mądra jak na swój wiek.

– Trochę tak. Lubię Zuzię, ale czasem chciałabym spędzić czas tylko z tobą.

Ania przytuliła mnie mocno.

Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z Ewą. Cały dzień układałam sobie w głowie, co powiem. W końcu wieczorem zapukałam do jej drzwi.

– Kasiu! Coś się stało? – zapytała zaskoczona Ewa.

– Musimy porozmawiać – zaczęłam niepewnie. – Wiesz, bardzo lubię Zuzię i cieszę się, że dziewczynki się przyjaźnią… Ale ostatnio często zostaje u nas na obiedzie i kolacji. Czuję się trochę przytłoczona tym wszystkim.

Ewa spojrzała na mnie zdziwiona.

– Myślałam, że ci to nie przeszkadza… Ty zawsze taka pomocna…

– Przeszkadza mi – powiedziałam cicho. – Chciałabym mieć czas tylko dla siebie i Ani. I… nie chcę być niemiła, ale nie jestem w stanie codziennie gotować dla trzech osób.

Ewa przez chwilę milczała. Widziałam, jak jej twarz twardnieje.

– Rozumiem – powiedziała chłodno. – Przepraszam, jeśli cię obciążyłam.

Wróciłam do mieszkania z bijącym sercem. Czy właśnie straciłam sąsiadkę i przyjaciółkę mojej córki?

Przez kilka dni Zuzia nie pojawiała się u nas. Ania była smutna i pytała:

– Mamo, czy pokłóciłaś się z panią Ewą?

– Nie kochanie… Po prostu musimy nauczyć się mówić o swoich potrzebach.

Po tygodniu spotkałam Ewę na klatce schodowej. Przeszła obok mnie bez słowa. Poczułam ukłucie żalu i winy. Czy naprawdę zrobiłam coś złego? Czy powinnam była dalej poświęcać swój czas i energię dla dobra sąsiedzkiej relacji?

Wieczorem zadzwoniła do mnie mama:

– I jak tam?

– Nie wiem… Czuję się okropnie. Może przesadziłam?

– Nie przesadziłaś. Masz prawo do własnych granic.

W końcu Ewa napisała mi SMS-a: „Przepraszam za wszystko. Nie zauważyłam, jak bardzo cię obciążyłam. Mam nadzieję, że dziewczynki nadal będą się przyjaźnić”.

Odetchnęłam z ulgą. Może jednak można być asertywnym i nie stracić wszystkiego?

Czasem zastanawiam się: czy naprawdę musimy zawsze być „miłe”, żeby zasłużyć na szacunek? A może prawdziwa odwaga to umieć powiedzieć „dość”, zanim przekroczymy własne granice?