Zamknięte drzwi: Historia Mireli między dwiema rodzinami

— Mirela, nie możesz tak po prostu uciekać od problemów! — głos mamy był ostry jak brzytwa, a jej spojrzenie lodowate. Stałam na wycieraczce, z walizką w ręku, drżącymi dłońmi ściskając pasek torebki. W środku czułam, jakby ktoś rozrywał mnie na pół. Za mną ciemny korytarz bloku, przed sobą rodzice, którzy jeszcze wczoraj byli moją ostoją. — Mamo, proszę… ja już nie mam siły. — Głos mi się łamał, a łzy cisnęły do oczu. — Przecież zawsze mówiłaś, że dom jest otwarty…

Tata nawet nie patrzył mi w oczy. Stał z boku, z założonymi rękami, jakby chciał się odgrodzić od całej tej sytuacji. — Mirela, wracaj do domu. To twój mąż, twoje życie. My nie będziemy się mieszać. — Jego słowa były jak zimny prysznic. Przez chwilę miałam nadzieję, że mama się złamie, że przytuli mnie jak wtedy, gdy byłam mała i bałam się burzy. Ale ona tylko westchnęła ciężko i powiedziała: — Każde małżeństwo ma swoje kryzysy. Musisz sobie poradzić sama.

Drzwi zamknęły się powoli, niemal z godnością. Zostałam sama na klatce schodowej, z walizką i poczuciem upokorzenia. Przez chwilę nie mogłam się ruszyć. W głowie dudniły mi ich słowa: „Musisz sobie poradzić sama”. Czy naprawdę muszę? Czy to znaczy, że już nie jestem ich córką?

Wróciłam na przystanek tramwajowy, nie wiedząc dokąd pójść. Telefon dzwonił — to był mój mąż, Paweł. Nie odebrałam. Bałam się jego głosu, bałam się wracać do domu, w którym ostatnie słowa brzmiały: „Zawsze robisz wszystko po swojemu!” i „Może powinnaś wrócić do mamusi!”. Ironia losu — próbowałam wrócić, ale nawet mama nie chciała mnie przyjąć.

Siedziałam na ławce pod blokiem i patrzyłam na światła miasta. Przypomniałam sobie dzieciństwo: mama piekąca szarlotkę, tata naprawiający rower na balkonie, ja z kolanem zdartym po upadku na podwórku. Wtedy dom był schronieniem. Teraz stał się twierdzą nie do zdobycia.

Nie wiem, kiedy zaczęło się psuć między mną a Pawłem. Może wtedy, gdy straciłam pracę i przez kilka miesięcy nie mogłam znaleźć nowej? On coraz częściej wracał późno do domu, coraz mniej rozmawialiśmy. Każda drobnostka stawała się powodem do kłótni: nieumyte naczynia, rachunki za prąd, jego matka wtrącająca się w nasze sprawy. Czułam się coraz bardziej samotna.

Ostatnia kłótnia była o nic — o to, że kupiłam droższe mleko niż zwykle. Paweł krzyczał, ja płakałam. W końcu spakowałam kilka rzeczy i wyszłam. Myślałam: „Pojadę do rodziców, oni mnie zrozumieją”. Ale drzwi zostały zamknięte.

Przez całą noc chodziłam po mieście. Zastanawiałam się: czy naprawdę jestem taka beznadziejna? Czy to ja wszystko psuję? Może powinnam była zostać w domu i przeprosić Pawła? Ale przecież on też nigdy mnie nie przepraszał…

Nad ranem zadzwoniła do mnie siostra — Aneta. Młodsza o trzy lata, zawsze bardziej przebojowa i pewna siebie. — Mirela, co ty wyprawiasz? Mama płakała całą noc! — jej głos był pełen wyrzutu.

— To dlaczego mnie nie wpuściła? — zapytałam cicho.

— Bo boi się, że rozwalisz sobie życie przez jedną kłótnię! Oni chcą cię chronić… tylko nie potrafią tego okazać inaczej.

— A może po prostu mają mnie dość? Może lepiej by było, gdybym zniknęła wszystkim z oczu…

Aneta milczała przez chwilę.

— Mirela… wróć do domu i porozmawiaj z Pawłem. Albo przyjedź do mnie na kilka dni. Ale nie błąkaj się po mieście jak bezdomna!

Zgodziłam się pojechać do niej. W jej kawalerce na Pradze przez dwa dni płakałam i spałam bez przerwy. Aneta przynosiła mi herbatę i próbowała rozśmieszyć głupimi żartami.

— Wiesz co? — powiedziała któregoś wieczoru — Może czas przestać oczekiwać od innych ratunku? Może musisz sama zdecydować, czego chcesz?

Te słowa bolały bardziej niż wszystko inne. Bo ja naprawdę nie wiedziałam już, czego chcę. Chciałam tylko poczuć się znowu bezpieczna.

Po kilku dniach zadzwonił Paweł.

— Mirela… wracaj do domu. Porozmawiajmy spokojnie.

Wróciłam. Było ciężko — przez pierwsze tygodnie chodziliśmy wokół siebie jak obcy ludzie. Ale zaczęliśmy rozmawiać: o pracy, o marzeniach, o tym, co nas boli.

Z rodzicami długo nie rozmawiałam. Dopiero po miesiącu mama zadzwoniła i zaprosiła mnie na obiad.

— Wiesz… bałam się wtedy, że jeśli ci pomogę uciec od problemów, nigdy ich nie rozwiążesz — powiedziała cicho przy stole.

Nie wiem, czy miała rację. Do dziś czuję żal i pustkę tamtej nocy pod ich drzwiami.

Czasem zastanawiam się: czy rodzina powinna być zawsze schronieniem? Czy może czasem musi nas wypchnąć z gniazda, żebyśmy nauczyli się latać? Czy to ja zawiodłam ich oczekiwania… czy oni zawiedli moje?

Może nigdy nie znajdę odpowiedzi na te pytania.