Choroba jako próba miłości: jak zrozumiałam, że to nie ten człowiek
— Znowu? — głos Michała odbił się echem w ciasnej kuchni naszego mieszkania na Pradze. — Przecież wczoraj też cię bolała głowa. Może po prostu przesadzasz, Ola?
Zacisnęłam powieki, próbując powstrzymać łzy. Ból pulsował mi w skroniach, a światło lampy raziło jak ostrze. Chciałam tylko, żeby mnie przytulił, powiedział: „Nie martw się, jestem przy tobie”. Zamiast tego usłyszałam zarzut. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek.
Michała poznałam na studiach. Był zabawny, pewny siebie, zawsze otoczony ludźmi. Ja — cicha, trochę nieśmiała, zaczytana w książkach. Przy nim czułam się wyjątkowa. Przez pierwsze lata wszystko wydawało się proste. Mieszkanie na wynajem, wspólne plany na przyszłość, wyjazdy nad morze. Myślałam, że razem możemy wszystko.
Wszystko zmieniło się pewnego jesiennego wieczoru. Wracałam z pracy, gdy nagle świat zaczął wirować. Upadłam na chodnik przed blokiem. Karetka, szpital, badania. Diagnoza: stwardnienie rozsiane. Lekarz mówił spokojnie, ale ja słyszałam tylko szum we własnych uszach. Michał siedział obok mnie na plastikowym krześle i patrzył w telefon.
— To poważne? — zapytał lekarza bez podnoszenia wzroku.
— Choroba przewlekła. Wymaga leczenia i wsparcia bliskich — odpowiedział lekarz.
Wsparcia bliskich… Te słowa dźwięczały mi w głowie przez kolejne tygodnie.
Na początku Michał próbował być „w porządku”. Przynosił mi herbatę, pytał, czy czegoś potrzebuję. Ale szybko zaczął się irytować. Gdy nie miałam siły wyjść z łóżka, kręcił głową i wzdychał ciężko.
— Ola, nie możesz tak leżeć cały dzień. Musisz się ruszać! — mówił zniecierpliwiony.
Nie rozumiał, że czasem nie mogę nawet podnieść kubka do ust. Że ból jest tak silny, że boję się oddychać.
Najgorsze były wieczory. Siedziałam sama w sypialni, słysząc śmiech Michała z salonu, gdy grał na konsoli z kolegami przez internet. Czułam się niewidzialna. Próbowałam z nim rozmawiać:
— Michał… Boję się. Nie wiem, co będzie dalej.
— Przesadzasz — rzucił bez emocji. — Ludzie mają gorzej.
Z czasem przestałam mówić o swoich lękach. Zamykałam się w sobie coraz bardziej. Mama dzwoniła codziennie:
— Córeczko, może przyjedziesz do nas na kilka dni?
Ale ja uparcie wierzyłam, że dam radę. Że Michał się zmieni.
Pewnego dnia wróciłam z wizyty u neurologa z nowymi lekami i zaleceniem odpoczynku. Ledwo weszłam do mieszkania, a Michał już czekał w przedpokoju:
— Znowu zwolnienie? Ile można? Myślisz, że ktoś będzie ci płacił za siedzenie w domu?
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Próbowałam mu tłumaczyć, że to nie moja wina, że choroba nie wybiera. Ale on tylko wzruszył ramionami i wyszedł do kolegi na piwo.
Zostałam sama w pustym mieszkaniu. Patrzyłam przez okno na szare bloki i czułam się jak zamknięta w klatce. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam: „Może to nie jest ten człowiek”.
Minęły kolejne tygodnie. Michał coraz częściej znikał z domu, wracał późno, czasem czułam od niego alkohol. Unikał rozmów o przyszłości. Gdy zaproponowałam terapię dla par, roześmiał się:
— Ty chyba naprawdę masz coś z głową.
Wtedy już wiedziałam, że jestem sama.
Najtrudniejszy był dzień, kiedy dostałam ataku drgawek i upadłam w łazience. Michała nie było w domu. Zadzwoniłam do niego drżącymi rękami:
— Proszę… wróć…
— Nie mogę teraz — odpowiedział chłodno. — Jestem zajęty.
Leżałam na zimnych kafelkach i płakałam z bezsilności.
Po tym wszystkim zadzwoniłam do mamy:
— Mamo… Mogę przyjechać?
Przyjechała po mnie tego samego dnia. Spakowałam kilka rzeczy do walizki. Michała nie było nawet wtedy, gdy wychodziłam.
W domu rodzinnym długo dochodziłam do siebie. Mama tuliła mnie jak małą dziewczynkę i powtarzała:
— Jesteś silniejsza niż myślisz.
Dopiero wtedy pozwoliłam sobie na płacz i żal po straconych złudzeniach.
Czasem zastanawiam się, dlaczego tak długo tkwiłam w tym związku. Czy naprawdę wierzyłam, że miłość polega na poświęceniu za wszelką cenę? Czy bałam się samotności bardziej niż życia bez wsparcia?
Dziś wiem jedno: choroba pokazała mi prawdę o nas obojgu. O tym, kim jestem i czego potrzebuję od drugiego człowieka.
Czy warto trwać przy kimś tylko dlatego, że kiedyś było dobrze? Czy prawdziwa miłość nie powinna być właśnie wtedy — w najtrudniejszych chwilach? Może czasem największą odwagą jest odejść i zacząć od nowa.