Cisza pośród krzyków: Historia mojego rozpadu
Drzwi trzaskają z hukiem, a echo tego dźwięku rozchodzi się po całym mieszkaniu. Siedzę na kanapie, wpatrzony w ścianę, próbując zapanować nad drżeniem rąk. W kuchni słychać jeszcze jej głos – ostry, pełen pretensji, jakby każde słowo miało mnie zranić do krwi.
— Tomasz, ile razy mam ci powtarzać?! — krzyczy Marta. — Znowu zapomniałeś o zakupach! Czy ja muszę wszystko robić sama?
Nie odpowiadam. Nie mam już siły. Od lat nasze rozmowy wyglądają tak samo: ona mówi, ja milczę. Czasem próbuję się odezwać, ale wtedy jest jeszcze gorzej. Wiem, że to nie chodzi o zakupy. Chodzi o wszystko, co przez te dwadzieścia lat narosło między nami jak gruba warstwa kurzu, której nikt nie chce sprzątnąć.
Mam 47 lat. Kiedyś myślałem, że w tym wieku będę już wiedział, kim jestem i czego chcę od życia. Tymczasem czuję się jak chłopiec zagubiony w ciemnym lesie. Nasz syn, Bartek, ma 17 lat i coraz częściej zamyka się w swoim pokoju. Córka, Zosia, studiuje w Krakowie i dzwoni coraz rzadziej. W domu zostaliśmy tylko my – dwoje ludzi, którzy kiedyś się kochali, a dziś nie potrafią nawet spojrzeć sobie w oczy.
Pamiętam początki z Martą. Była piękna, pewna siebie, śmiała się głośno i całowała mnie na środku ulicy. Miałem wtedy poczucie, że świat należy do nas. Ale życie szybko zweryfikowało nasze marzenia. Kredyt na mieszkanie, praca po godzinach, dzieci – wszystko to sprawiło, że zaczęliśmy się od siebie oddalać. Najpierw przestaliśmy rozmawiać o ważnych sprawach. Potem przestaliśmy rozmawiać w ogóle.
Ostatnio coraz częściej myślę o rozwodzie. Pragnę wolności, spokoju, oddechu bez ciągłego napięcia. Ale boję się zrobić pierwszy krok. Boję się reakcji rodziny, znajomych, dzieci. Boję się samotności.
Wczoraj wieczorem usłyszałem rozmowę Bartka przez drzwi jego pokoju:
— Stary, serio nie wiem, po co oni jeszcze są razem — mówił do kolegi przez telefon. — Tylko się drą albo udają, że się nie widzą.
Te słowa bolały bardziej niż wszystkie kłótnie z Martą razem wzięte. Przecież miałem być dla niego wzorem. Tymczasem jestem przykładem tego, jak nie powinno wyglądać życie.
Marta też się zmieniła. Kiedyś była czuła i troskliwa. Teraz jest wiecznie zmęczona i rozdrażniona. Czasem patrzę na nią ukradkiem i zastanawiam się, czy ona też myśli o rozwodzie. Czy może czeka aż ja zrobię pierwszy krok?
W pracy też nie jest lepiej. Szef wymaga coraz więcej, a ja coraz częściej łapię się na tym, że nie mam siły nawet udawać zaangażowania. Koledzy z biura śmieją się przy kawie z żonami i dziećmi – ja milczę albo rzucam żartem o teściowej.
Pewnego dnia wracam do domu wcześniej niż zwykle. Wchodzę do kuchni i widzę Martę siedzącą przy stole z głową w dłoniach.
— Wszystko w porządku? — pytam niepewnie.
Patrzy na mnie z wyrzutem.
— Nie wiem już nic — mówi cicho. — Może powinniśmy…
Nie kończy zdania. Przez chwilę panuje cisza tak gęsta, że aż boli.
— Może powinniśmy co? — pytam szeptem.
— Może powinniśmy się rozstać — odpowiada po chwili.
Siedzimy naprzeciwko siebie jak obcy ludzie. Chciałbym ją przytulić, powiedzieć coś mądrego, ale nie potrafię. Zamiast tego spuszczam wzrok i udaję, że szukam czegoś w telefonie.
Wieczorem dzwoni moja matka.
— Tomaszku, co u was? Dawno nie dzwoniłeś — mówi ciepłym głosem.
— Wszystko dobrze, mamo — kłamię automatycznie.
Czuję wyrzuty sumienia. Mama zawsze powtarzała: „Małżeństwo to praca na całe życie”. Ale co jeśli tej pracy już nikt nie chce wykonywać?
W weekend przyjeżdża Zosia. Od progu czuć napięcie w powietrzu.
— Cześć tato! — rzuca wesoło i rzuca mi się na szyję.
Marta udaje uśmiech i pyta:
— Jak studia?
Zosia wzrusza ramionami:
— Dobrze… Ale wy chyba nie jesteście szczęśliwi.
Patrzymy na siebie z Martą bez słowa. Zosia siada obok mnie i ściska moją dłoń.
— Tato… Jeśli chcecie się rozstać, to zróbcie to dla siebie. My sobie poradzimy — mówi cicho.
Te słowa są jak zimny prysznic. Przez chwilę czuję ulgę – może dzieci naprawdę lepiej poradzą sobie z rozwodem niż z życiem w domu pełnym kłamstw i pretensji?
Wieczorem próbuję porozmawiać z Martą.
— Może powinniśmy pójść do mediatora? Albo na terapię? — pytam ostrożnie.
Marta wzdycha ciężko:
— Tomasz… Ja już nie mam siły walczyć o coś, czego chyba już nie ma.
Czuję łzy pod powiekami. Wstydzę się ich – przecież mężczyźni nie płaczą. Ale dziś nie potrafię być silny.
Nocą długo leżę bezsennie, wsłuchując się w ciszę przerywaną tylko tykaniem zegara. W głowie kłębią mi się pytania: Czy naprawdę chcę rozwodu? Czy to ucieczka czy szansa na nowe życie? Czy będę umiał żyć sam?
Rano budzi mnie SMS od Bartka: „Tato, kocham cię – cokolwiek zdecydujecie”.
Wychodzę na balkon i patrzę na szare blokowisko pod moim oknem. Przez chwilę czuję spokój – pierwszy raz od dawna.
Może czas przestać bać się zmian? Może czas zawalczyć o siebie?
Czy naprawdę lepiej tkwić w iluzji szczęścia niż spróbować zacząć od nowa? Co wy byście zrobili na moim miejscu?