Jak jedno zdanie lekarza rozbiło nasze małżeństwo – i uratowało mi życie

– Pani Anno, jeśli nic się nie zmieni, za dwa lata może pani nie żyć – powiedział lekarz, patrząc mi prosto w oczy. Czułam, jakby ktoś wylał na mnie wiadro lodowatej wody. Siedziałam na twardym krześle w gabinecie, a obok mnie mój mąż, Marek, ściskał moją dłoń. Ale jego uścisk był słaby, jakby już wtedy wiedział, że nie będzie potrafił mi pomóc.

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej życie wydawało się proste. Marek i ja poznaliśmy się na studiach gastronomicznych w Poznaniu. Od początku łączyła nas pasja do gotowania i jedzenia. Nasze randki to były wyprawy po najlepszych pierogarniach, testowanie nowych przepisów, wspólne wieczory z winem i serami. Po ślubie otworzyliśmy małą restaurację na Jeżycach. Praca była ciężka, ale satysfakcjonująca. Goście wracali po nasze domowe kluski śląskie i sernik z białą czekoladą.

Z czasem jednak jedzenie przestało być tylko pasją. Stało się ucieczką. Po śmierci mojej mamy zaczęłam jeść coraz więcej – najpierw z tęsknoty, potem z przyzwyczajenia. Marek nie widział problemu. – Przecież zawsze byłaś pulchna, taka jesteś piękna – powtarzał. Ale ja czułam się coraz gorzej. Zadyszka przy wchodzeniu po schodach, bóle stawów, wieczne zmęczenie.

Pewnego dnia zemdlałam w kuchni podczas przygotowywania obiadu dla gości. Obudziłam się w szpitalu. Lekarz długo patrzył w moje wyniki, zanim wypowiedział to jedno zdanie, które rozbiło moje życie na przed i po.

Wróciliśmy do domu w milczeniu. Marek próbował żartować, że teraz będziemy jeść tylko sałatki i kaszę jaglaną. Ale ja wiedziałam, że to nie takie proste. Wieczorem usiadłam przy stole i rozpłakałam się. – Boję się – wyszeptałam. – Nie wiem, czy dam radę to zmienić.

Marek objął mnie ramieniem. – Przejdziemy przez to razem – obiecał. Ale już następnego dnia wrócił do starych nawyków. Przyniósł z piekarni świeże drożdżówki i zaproponował wspólne gotowanie makaronu z czterema serami. – Jeden raz nie zaszkodzi – mrugnął porozumiewawczo.

Zaczęłam chodzić na terapię uzależnień. Tam po raz pierwszy usłyszałam, że jedzenie może być narkotykiem. Że nie jestem sama. Ale kiedy wracałam do domu, czułam się jak zdrajczyni. Marek coraz częściej patrzył na mnie z wyrzutem.

– Ty już nie jesteś taka jak dawniej – powiedział pewnego wieczoru, kiedy odmówiłam wspólnej kolacji z pizzą. – O co ci chodzi? Przecież zawsze kochaliśmy jeść!

– Ale ja już nie mogę tak żyć! – wybuchłam. – Nie rozumiesz? Lekarz powiedział, że mogę umrzeć!

– Przesadzasz – rzucił chłodno i wyszedł z kuchni.

Zaczęły się ciche dni. Marek coraz częściej zostawał dłużej w restauracji albo wychodził z kolegami na piwo. Ja zamykałam się w sypialni i płakałam w poduszkę. Czułam się samotna jak nigdy wcześniej.

Moja rodzina też nie rozumiała mojego problemu. Tata powtarzał: – W naszej rodzinie zawsze dobrze jadło! Co ty wymyślasz?

Siostra śmiała się: – Może przesadzasz z tą terapią? Każdy czasem zje za dużo.

Tylko terapeutka mówiła: – Musi pani wybrać siebie. Nawet jeśli to będzie oznaczało konflikt z bliskimi.

W końcu Marek postawił sprawę jasno:
– Albo wracasz do normalności, albo nie wiem, czy dam radę tak żyć.

– Co to znaczy „normalność”? – zapytałam drżącym głosem.
– Żebyś znów była sobą! Żebyśmy mogli razem gotować, jeść…

– Ale ja już nie chcę tak żyć! Chcę być zdrowa!

Nie odpowiedział. Tylko spojrzał na mnie z żalem i wyszedł.

Po kilku tygodniach Marek spakował walizkę i wyprowadził się do matki. Zostawił mi restaurację i psa, którego tak kochaliśmy. Przez pierwsze dni chodziłam jak cień po pustym mieszkaniu. Wydawało mi się, że wszystko straciło sens.

Ale potem zaczęłam powoli odzyskiwać siebie. Codziennie rano wychodziłam na spacer z psem po Cytadeli. Zaczęłam gotować lekkie potrawy tylko dla siebie – pieczone warzywa, ryby na parze, owsianki z malinami. Znalazłam grupę wsparcia dla osób z uzależnieniem od jedzenia.

Restauracja zaczęła podupadać bez Marka, ale ja nie miałam siły walczyć o nią samotnie. Zamknęłam ją po kilku miesiącach i znalazłam pracę jako dietetyczka w poradni zdrowia.

Minął rok od tamtej rozmowy z lekarzem. Schudłam dwadzieścia kilo, ale ważniejsze było to, że nauczyłam się mówić „nie” – sobie i innym. Czasem jeszcze tęsknię za Markiem i naszym dawnym życiem. Ale wiem, że musiałam wybrać siebie.

Często pytam siebie: czy naprawdę trzeba stracić wszystko, żeby zacząć żyć naprawdę? Czy można kochać kogoś tak bardzo, że zapomina się o sobie? Co wy byście zrobili na moim miejscu?