Kiedy Babcie Walczą o Wnuczkę: Moja Rodzina na Krawędzi
— Elżbieta, przecież mówiłam ci, żebyś nie dawała jej tej kaszki! — głos mojej mamy przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy blacie, trzymając w ramionach moją dwutygodniową córeczkę, Zosię. Właśnie próbowałam ją nakarmić, kiedy do kuchni weszła moja teściowa, pani Krystyna, z miną pełną dezaprobaty.
— A ja uważam, że Elżunia wie najlepiej, co dobre dla dziecka — powiedziała teściowa, zerkając na mnie z uśmiechem, który miał być wsparciem, ale czułam w nim ukrytą rywalizację.
Moja mama, Danuta, zacisnęła usta. — Ty zawsze musisz mieć ostatnie słowo, Krystyno. Ale to ja jestem matką Elżbiety i wiem, jak ją wychowałam!
Zamarłam. Zosia zaczęła płakać, a ja poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Chciałam tylko chwili spokoju. Chciałam być dobrą mamą. Ale zamiast tego byłam polem bitwy dwóch kobiet, które kochały moją córkę na swój sposób — i każda chciała być tą najważniejszą.
Od kiedy wróciłam ze szpitala, dom zamienił się w arenę. Mama przyjechała z Białegostoku na kilka tygodni „pomóc mi po porodzie”. Teściowa mieszka piętro wyżej — od zawsze była obecna w naszym życiu, ale teraz jej wizyty stały się codziennością. Każda z nich miała swoje metody, swoje przekonania i swoje żale.
— Elżbieta, nie pozwól jej tak mówić! — szepnęła mama, kiedy teściowa wyszła do salonu. — Przecież to twoje dziecko!
— Mamo… — zaczęłam cicho, ale nie miałam siły na kolejną kłótnię.
Wieczorem usiadłam przy łóżeczku Zosi. Mąż, Tomek, wrócił późno z pracy. Był zmęczony i rozdrażniony.
— Znowu się kłóciły? — zapytał bez entuzjazmu.
— Tak… Nie wiem już, co robić. Każda chce być najważniejsza. Czuję się jak marionetka — wyszeptałam.
Tomek wzruszył ramionami. — To twoje matki. Musisz im coś powiedzieć.
Ale co miałam powiedzieć? Że mają przestać mnie rozdzierać? Że chcę być po prostu mamą dla Zosi?
Następnego dnia rano mama przygotowywała śniadanie. Teściowa przyszła z własnym słoiczkiem domowego przecieru dla Zosi.
— Elżbieta, spróbuj tego. Sama robiłam! — powiedziała z dumą.
Mama spojrzała na mnie z wyrzutem. — Przecież mówiłam ci, że domowe jedzenie jest za ciężkie dla takiego malucha!
— Moja wnuczka nie jest ze szkła! — odburknęła teściowa.
Zosia zaczęła płakać. Ja też miałam ochotę płakać.
Wyszłam do łazienki i zamknęłam drzwi. Oparłam się o zimne kafelki i pozwoliłam łzom płynąć. Czułam się bezradna. Każda z nich kochała Zosię — ale ich miłość była jak lina przeciągana nad przepaścią. A ja byłam tą liną.
Wieczorem zadzwoniła moja siostra, Marta.
— Ela, musisz postawić granice. One się nie zmienią. Ty musisz się zmienić — powiedziała stanowczo.
— Ale jak? Przecież nie chcę ich zranić…
— A siebie ranisz codziennie. I Zosię też.
Tej nocy nie spałam prawie wcale. Słuchałam oddechu Zosi i zastanawiałam się, czy jestem złą córką i złą synową. Czy jestem złą matką?
Rano postanowiłam spróbować rozmowy. Zebrałam obie babcie w kuchni.
— Mamo, pani Krystyno… Muszę wam coś powiedzieć — zaczęłam drżącym głosem. — Kocham was obie i wiem, że kochacie Zosię. Ale ja… ja muszę być jej mamą po swojemu. Potrzebuję waszego wsparcia, a nie walki o to, która z was jest ważniejsza.
Zapadła cisza. Mama spuściła wzrok. Teściowa skrzyżowała ramiona.
— Ja tylko chciałam pomóc… — szepnęła mama.
— Ja też… — dodała teściowa.
— Wiem. Ale wasza pomoc zamienia się w walkę i ja już nie daję rady…
Obie spojrzały na mnie inaczej niż zwykle — jakby zobaczyły we mnie nie tylko córkę czy synową, ale kobietę na granicy wytrzymałości.
Nie było łatwo. Przez kolejne dni atmosfera była napięta, ale powoli zaczęły się wycofywać. Mama wróciła do Białegostoku wcześniej niż planowała. Teściowa ograniczyła wizyty do dwóch razy w tygodniu.
Zostałam sama z Zosią i… poczułam ulgę, ale też pustkę. Czy dobrze zrobiłam? Czy nie zraniłam ich za bardzo?
Czasem patrzę na śpiącą Zosię i zastanawiam się: czy kiedyś będziemy potrafiły być rodziną bez tej ciągłej walki? Czy można kochać mocno i nie ranić przy tym innych? Co wy byście zrobili na moim miejscu?