Ślubu nie będzie. No będzie wesela.
„Kasia, przestań się wygłupiać. Goście już są. Zespół gra. Ty masz zejść na dół i się uśmiechać” — syknęła mama, stojąc w progu mojego pokoju, jakby była strażnikiem, a nie matką.
Stałam przed lustrem w białej sukni, ale w odbiciu widziałam nie siebie, tylko tatę. Jego ręce, kiedyś mocne, teraz drżące, zaciskające się na obręczy wózka. Jego oczy, które od wypadku patrzyły jakby przez mgłę, jakby wciąż leżał na tamtym asfalcie, gdzie ciężarówka zsunęła się z pobocza. I widziałam też siebie sprzed roku — z dyplomem studium nauczycielskiego z wyróżnieniem, z głową pełną planów, z listą kierunków na uniwersytecie, do którego trzeba było jechać dwie godziny pociągiem.
„Mamo… ja nie zejdę” — powiedziałam cicho.
„Co ty mówisz?” — jej głos był ostry jak nóż do chleba. — „Nie rób nam wstydu. Nie po tym wszystkim.”
„Właśnie po tym wszystkim” — odpowiedziałam i poczułam, jak serce wali mi w gardło. — „Ja nie mogę. Ja nie chcę.”
Mama zrobiła krok do przodu, złapała mnie za nadgarstek tak mocno, że aż zabolało. „Kasia, ty masz dwadzieścia trzy lata. My nie mamy czasu na twoje humory. Ojciec na wózku, rachunki, rehabilitacja, leki… A ty chcesz teraz robić sceny?”
Wtedy usłyszałam z dołu śmiech, brzęk kieliszków, ktoś krzyknął: „No, gdzie panna młoda?!” i muzyka przyspieszyła, jakby świat nie miał pojęcia, że u mnie w środku wszystko właśnie się rozpada.
„To nie są humory” — wyszeptałam. — „To jest moje życie.”
Mama puściła mnie, jakby się oparzyła. „Twoje życie? A nasze? A ojciec? Myślisz, że ja nie miałam marzeń? Myślisz, że ja nie chciałam czegoś więcej niż praca w sklepie i gotowanie rosołu na niedzielę?”
Zacisnęłam palce na materiale sukni. Była piękna, kupiona na raty, z koronką, którą wybierałyśmy razem. Pamiętam, jak wtedy mama miała łzy w oczach, a ja myślałam, że to ze szczęścia. Teraz widziałam, że to były łzy ulgi, że „Kasia się ustawi”, że „Kasia będzie miała męża”, że „Kasia nie wyjedzie i nie zostawi nas samych”.
Wszystko zaczęło się od tamtego telefonu. Był listopad, mokry, szary, taki, że człowiekowi nawet oddychać się nie chce. Wracałam z praktyk w podstawówce, w torbie miałam zeszyty dzieci do sprawdzenia, a w głowie plan: złożę papiery na uniwersytet, może pedagogika, może polonistyka, może wreszcie coś, co będzie moje. Zadzwoniła mama. „Kasia… tata… wypadek. Jedź do szpitala.”
W szpitalu pachniało płynem do dezynfekcji i strachem. Tata leżał podłączony do aparatury, a ja patrzyłam na jego twarz i nie mogłam zrozumieć, że to ten sam człowiek, który jeszcze tydzień wcześniej śmiał się, że „Kasia, ty to będziesz panią nauczycielką, a ja będę się chwalił na całej ulicy”. Lekarz mówił coś o urazie kręgosłupa, o długiej rehabilitacji, o tym, że „trzeba się przygotować na różne scenariusze”. Mama stała jak skamieniała, a ja nagle poczułam, że ktoś mi wcisnął w ręce ciężar, którego nie da się odłożyć.
Kiedy tatę wypisali, mama wzięła urlop, żeby się nim zajmować. W naszym mieście nie było uniwersytetu, trzeba było jechać do większego — do Lublina albo Warszawy, zależy, kto co wybierał. Ja miałam już nawet rozpisane połączenia, koszty, stypendia. Ale wtedy zaczęły się rachunki: za prywatną rehabilitację, bo na NFZ terminy były jak żart, za pampersy na początku, bo tata nie panował nad ciałem, za leki przeciwbólowe, za dojazdy do specjalistów.
„Kasia, ty jesteś mądra, ty sobie poradzisz” — mówiła mama, kiedy wieczorem siedziałyśmy w kuchni, a tata w pokoju próbował sam przesiąść się z łóżka na wózek i słychać było jego stłumione przekleństwa. — „Pójdziesz do pracy, pomożesz nam, a potem… potem zobaczymy.”
„A uniwersytet?” — pytałam.
Mama wzruszała ramionami. „Uniwersytet nie ucieknie.”
Uciekł. Nie dlatego, że drzwi się zamknęły, tylko dlatego, że ja się zamknęłam. Zaczęłam pracować w sklepie z odzieżą na rynku, potem dorabiałam korepetycjami, a wieczorami uczyłam tatę, jak trzymać łyżkę, jak nie wstydzić się, że mama go myje. Tata był dumny. Duma w nim siedziała jak drzazga.
„Nie patrz na mnie” — warczał, kiedy pomagałam mu wstać. — „Ja nie jestem dzieckiem.”
„Tato, ja nie patrzę” — kłamałam, bo patrzyłam. Patrzyłam i bolało mnie to bardziej niż jego kręgosłup.
Wtedy pojawił się Paweł. Znałam go z liceum, zawsze był „ogarnięty”, zawsze miał jakieś plany. Pracował w warsztacie u wujka, miał własny samochód, mówił, że „trzeba brać życie za rogi”. Spotkaliśmy się przypadkiem pod apteką, kiedy kupowałam tacie plastry przeciwbólowe.
„Kasia? Ty?” — uśmiechnął się szeroko. — „Co ty tu robisz?”
„Żyję” — odpowiedziałam i sama nie wiedziałam, czy to żart.
Zaczął przychodzić. Najpierw z kawą, potem z zakupami, potem z propozycją, że zawiezie tatę na rehabilitację. Mama patrzyła na niego jak na wybawienie.
„Widzisz, Kasia?” — mówiła, kiedy Paweł wychodził. — „To porządny chłopak. Taki cię nie zostawi.”
A ja myślałam: a czy ja chcę, żeby ktoś mnie „nie zostawił”, czy ja chcę w ogóle być w miejscu, z którego można odejść?
Paweł był czuły, ale też konkretny. „Kasia, ty się zajedziesz. Ty musisz mieć swoje życie. Ja ci dam spokój. Dom. Stabilność.”
„A moje studia?” — pytałam.
„Studia? Po co ci studia, jak możesz mieć rodzinę?” — mówił, jakby to było oczywiste.
Mama podchwyciła to natychmiast. „No właśnie. Rodzina najważniejsza. A nauczycielką możesz być i po kursach, i po wszystkim. Najpierw trzeba stanąć na nogi.”
Tylko że my nie stawaliśmy na nogi. My uczyliśmy się żyć na wózku. I ja też byłam na wózku, tylko niewidzialnym.
Kiedy Paweł się oświadczył, zrobił to w kuchni, przy herbacie, w obecności mamy. Tata siedział w pokoju, bo nie chciał „robić za dekorację”. Paweł wyjął pierścionek i powiedział: „Kasia, wyjdziesz za mnie? Zbudujemy coś swojego.”
Mama wstrzymała oddech, jakby to była jej propozycja, nie moja.
Ja powiedziałam „tak”, bo w tamtej chwili nie umiałam powiedzieć „nie”. Bo bałam się, że jeśli odmówię, to mama się rozsypie, tata się załamie, a ja zostanę sama z poczuciem winy, które już i tak było we mnie jak kamień.
Potem wszystko potoczyło się jak w polskim filmie, tylko bez romantyzmu. Sala w remizie, zespół z sąsiedniej gminy, ciotki, które pytały, kiedy dzieci, i wujkowie, którzy klepali Pawła po plecach, mówiąc: „No, chłopie, wziąłeś sobie dobrą, pracowitą.” Mama biegała jak nakręcona, bo „musi być godnie”, bo „ludzie patrzą”. Tata miał być na weselu, ale nie chciał. „Nie będę siedział jak kaleka na środku sali” — powiedział. To słowo uderzyło mnie jak policzek.
W noc przed ślubem siedziałam przy jego łóżku. W domu było cicho, tylko zegar tykał, a za oknem szczekał pies sąsiadów.
„Tato” — zaczęłam. — „Ja… ja nie wiem, czy ja tego chcę.”
Tata odwrócił głowę. „Chcesz czy nie chcesz, to już nieważne. Życie nie pyta.”
„Ale to moje życie” — powiedziałam, a łzy same mi popłynęły.
Tata spojrzał na mnie długo. W jego oczach zobaczyłam coś, czego nie widziałam od wypadku — wstyd. „Kasia… ja ci to zabrałem. Ja wiem. Ale ja nie umiem inaczej. Ja nie umiem być ciężarem.”
„Nie jesteś ciężarem” — skłamałam znowu, bo był. Był ciężarem, ale był też moim tatą. I to było najgorsze: że miłość i ciężar mogą być tym samym.
Rano, kiedy mama wcisnęła mi welon na głowę, a Paweł czekał na dole, poczułam, że jeśli teraz zejdę, to już nigdy nie wrócę do siebie. Że będę żoną, synową, matką, opiekunką, wszystkim dla wszystkich, tylko nie Kasią.
Zeszłam… ale nie na dół. Zeszłam z własnych kłamstw.
Otworzyłam drzwi pokoju taty. Siedział na wózku, ubrany w koszulę, którą mama mu przygotowała, choć mówił, że nie idzie. Patrzył w okno.
„Tato” — powiedziałam. — „Ja nie wyjdę za Pawła.”
Odwrócił się powoli. „Co?”
„Nie mogę. Nie chcę. Ja… ja chcę iść na studia. Chcę spróbować. Chcę żyć.”
Tata zacisnął szczękę. „A my?”
„Ja was nie zostawię” — powiedziałam szybko, bo to było pierwsze, co przyszło mi do głowy. — „Ale ja nie mogę oddać siebie w zamian za spokój.”
Wtedy do pokoju wpadła mama. „Co ty tu robisz?!” — krzyknęła, widząc mnie w sukni, ale bez uśmiechu. — „Kasia, ludzie czekają!”
„Mamo, ślubu nie będzie” — powiedziałam i usłyszałam, jak to zdanie brzmi w naszym małym pokoju jak wyrok.
Mama zbladła. „Jak to nie będzie?!”
„Nie będzie” — powtórzyłam. — „No będzie wesela.”
Sama nie wiem, skąd mi się to wzięło. Może z przekory, może z rozpaczy. Może z tego, że w Polsce zawsze łatwiej zrobić imprezę niż podjąć trudną rozmowę.
Mama zaczęła płakać. Nie cicho, tylko głośno, teatralnie, jakby chciała, żeby cały dom usłyszał jej krzywdę. „Co ja ludziom powiem? Co ja Pawłowi powiem?!”
„Powiesz prawdę” — odpowiedziałam.
Paweł wszedł chwilę później. Był w garniturze, pachniał wodą kolońską, miał w oczach pewność, że wszystko jest pod kontrolą. Kiedy zobaczył moją twarz, ta pewność pękła.
„Kasia… co jest?” — zapytał.
„Nie wyjdę za ciebie” — powiedziałam prosto.
„Żartujesz?” — jego głos stwardniał. — „Po tym wszystkim? Po zaproszeniach? Po zaliczkach? Po tym, jak ja… jak ja tu przychodziłem, pomagałem?”
„Pomagałeś, bo chciałeś być bohaterem” — wyrwało mi się. — „A ja nie chcę być nagrodą.”
Paweł zrobił krok w moją stronę. „To o co chodzi? O studia? Serio? Ty myślisz, że studia ci dadzą szczęście?”
„Nie wiem” — odpowiedziałam, a to było najuczciwsze, co powiedziałam od miesięcy. — „Ale wiem, że ślub bez miłości mi go nie da.”
Mama krzyczała, Paweł przeklinał, tata milczał. A ja stałam w tej sukni jak w zbroi, która nagle stała się za ciężka.
W końcu tata odezwał się cicho: „Dajcie jej spokój.”
Wszyscy zamarli.
„Co?” — mama spojrzała na niego, jakby zdradził ją bardziej niż ja.
Tata przełknął ślinę. „Kasia ma rację. Ja… ja nie chcę, żeby ona żyła za mnie. Ja już swoje przeżyłem. Niech ona spróbuje.”
Mama patrzyła na niego z niedowierzaniem. „A ja? A ja co?!”
„Ty też spróbuj” — powiedział tata i w jego głosie było coś, czego dawno nie słyszałam: siła.
Wesele się odbyło. Bez ślubu. Ludzie na początku szeptali, potem pili, potem tańczyli, bo w Polsce nawet skandal da się zagłuszyć muzyką. Ciotka Halina mówiła: „No, ja to pierwszy raz coś takiego widzę”, a wujek Mirek śmiał się: „Przynajmniej nie trzeba będzie rozwodu.” Mama siedziała przy stole jak cień, a Paweł wyszedł, trzaskając drzwiami.
Ja tańczyłam raz, jeden jedyny raz, z tatą. Nie na parkiecie, tylko w korytarzu, trzymając jego dłonie na obręczach wózka i kręcąc się powoli, jakbyśmy uczyli się nowego świata. Płakałam, a on udawał, że nie widzi.
Po weselu przyszła codzienność, jeszcze trudniejsza, bo już nie było planu „ślub i będzie lepiej”. Mama przez tygodnie ze mną nie rozmawiała normalnie. Rzucała tylko: „No, pani studentka”, kiedy wychodziłam do pracy. Paweł nie odezwał się ani razu. W mieście ludzie patrzyli, jakby moja decyzja była zaraźliwa.
A ja… ja złożyłam papiery na uniwersytet. Dojeżdżałam pociągiem o piątej rano, z kanapkami w folii, z głową pełną lęku. Wracałam wieczorem i pomagałam tacie w ćwiczeniach. Mama wróciła do pracy, bo musiała. Tata zaczął jeździć na rehabilitację z sąsiadem Jarkiem, bo nie chciał już, żebym ja wszystko dźwigała.
Nie było łatwo. Były kłótnie o pieniądze, o to, kto ma kupić węgiel, o to, że mama jest zmęczona, a ja „ciągle w drodze”. Były dni, kiedy myślałam, że może jednak powinnam była zejść na dół i powiedzieć „tak”, bo wtedy przynajmniej byłby spokój. Ale potem przypominałam sobie lustro i tę dziewczynę w białej sukni, która wyglądała jak ktoś, kto już się poddał.
Dziś, kiedy piszę te słowa, tata nadal jest na wózku, ale potrafi sam zrobić sobie herbatę. Mama czasem się uśmiecha, choć w jej oczach wciąż jest żal, że nie poszło „jak u ludzi”. A ja jestem na trzecim roku i uczę dzieci w świetlicy, dorabiając, żeby starczyło na bilety i rachunki.
Czasem myślę o Pawle. O tym, czy naprawdę mnie kochał, czy kochał obraz „porządnej żony”. Czasem myślę o sobie sprzed lat, o tej Kasi z dyplomem z wyróżnieniem, która wierzyła, że życie jest proste: uczysz się, pracujesz, spełniasz marzenia. Nikt nie mówił, że po drodze może przyjść telefon, który zmieni wszystko.
I wciąż nie wiem, czy tamtego dnia uratowałam siebie, czy skrzywdziłam wszystkich dookoła. Może jedno i drugie.
Powiedzcie mi… czy w Polsce da się wybrać siebie, nie będąc od razu „tą niewdzięczną”? A jeśli miłość wymaga poświęcenia, to gdzie jest granica, za którą poświęcenie staje się rezygnacją z własnego życia?