W dniu urodzin mojego syna mój ojciec dał mu pudełko po iPhonie… a w środku była tylko kamienna bryła

— Tato, czemu on płacze? — zapytał cicho Kuba, ściskając w dłoniach pudełko po iPhonie.

W środku leżał szary, chropowaty kamień. Taki z podwórka. Bez wstydu. Bez serca.

Ojciec uśmiechnął się krzywo i oparł łokieć o stół, jakby to była najlepsza część imprezy.

— Bo tylko grzeczne dzieci dostają prawdziwe prezenty — powiedział głośno.

Wujek Marek parsknął śmiechem. Ciocia Ewa zakryła usta, ale też się śmiała. Nawet moja mama, Irena, spuściła wzrok, jak zawsze, i udawała, że poprawia serwetki.

Kuba miał dopiero dziewięć lat. Wierzył jeszcze w obietnice dorosłych. I w to, że urodziny są bezpieczne.

— Dziadku… ja byłem grzeczny — wyszeptał, a łzy zaczęły mu spływać po policzkach.

Poczułam, jak krew uderza mi do głowy.

— Wystarczy — powiedziałam.

Ojciec nawet na mnie nie spojrzał.

— Nie przesadzaj, Aniu. Żart. Dziecko musi się zahartować.

— To nie jest żart. To jest upokorzenie — odpowiedziałam i wzięłam Kubę na kolana. Trząsł się. — Idź do pokoju, kochanie. Zaraz przyjdę.

— Mamo, ja coś zrobiłem? — zapytał.

— Nie. Nic nie zrobiłeś.

Kiedy drzwi się zamknęły, w salonie jeszcze przez chwilę brzmiały śmiechy. Takie głośne, pewne siebie. Jakby wszyscy byli po stronie „twardej szkoły życia”.

Ojciec nalał sobie wódki.

— No. To kto jeszcze chce tort? — rzucił.

Wtedy wstałam. Ręce miałam zimne, ale głos wyszedł mi zaskakująco spokojny.

— Ja chcę, żebyś przestał udawać, że uczysz kogokolwiek przyzwoitości — powiedziałam.

Mama podniosła głowę. W jej oczach pojawił się strach.

— Ania, nie teraz… — syknęła.

— Właśnie teraz. Bo mój syn płacze przez niego. Tak jak ja płakałam przez całe dzieciństwo.

Ojciec prychnął.

— Ty zawsze dramatyzujesz.

— A ty zawsze robisz z ludzi pośmiewisko, bo boisz się, że ktoś zobaczy, kim jesteś naprawdę.

Wujek Marek odsunął talerz.

— Anka, daj spokój, to rodzinne sprawy…

— To jest sprawa mojego dziecka. I moja.

Ojciec uniósł kieliszek.

— No to mów. Co ci siedzi na wątrobie? — zakpił.

Spojrzałam na mamę. Na jej zaciśnięte usta. Na drżące palce.

— Powiem — odpowiedziałam. — Pamiętasz, tato, jak przez lata powtarzałeś, że „to ty utrzymujesz dom” i że mamy być wdzięczni? Że bez ciebie byśmy przepadli?

— I co? — warknął.

— I to było kłamstwo.

W salonie zrobiło się cicho. Nawet dzieci przestały biegać.

— Pieniądze nie były twoje — powiedziałam. — Te premie, te „delegacje”, te koperty. To nie była ciężka praca. To były łapówki.

Mama gwałtownie wciągnęła powietrze.

— Ania… — wyszeptała.

Ojciec zamarł na sekundę, a potem roześmiał się krótko.

— Co ty bredzisz?

— Nie bredzę. Wiem, bo znalazłam dokumenty. W starym segregatorze. W piwnicy. Z twoim podpisem. Z pieczątkami. Z nazwiskami. — Przełknęłam ślinę. — I wiem jeszcze jedno.

Wujek Marek pobladł.

— Anka, przestań…

— Przez lata mówiłeś mi, że jestem nikim. Że bez ciebie nic nie znaczę. A prawda jest taka, że ty trzymałeś nas strachem, bo bałeś się, że ktoś zapyta, skąd masz wszystko.

Ojciec uderzył dłonią w stół.

— Zamknij się.

— Nie. — Pokręciłam głową. — Wiesz, czemu mama nigdy ci się nie sprzeciwiła? Bo wmawiałeś jej, że jak odejdzie, to ją zniszczysz. Że masz „znajomości”. Że nikt jej nie uwierzy.

Mama rozpłakała się bezgłośnie. Łzy spływały jej po twarzy, a ona dalej siedziała prosto, jakby nadal musiała grać rolę.

— Irena, powiedz im — powiedziałam cicho.

Mama zacisnęła dłonie na kolanach.

— Ja… ja nie mogłam… — wydusiła.

Ojciec zrobił krok w moją stronę.

— Wynoś się z tymi oskarżeniami. Z mojej imprezy.

— To nie jest twoja impreza. To są urodziny Kuby — odpowiedziałam. — A ty przyniosłeś mu kamień, bo kamień jest tym, co nosisz w środku.

Ktoś szepnął: „Boże…”.

Ojciec rozejrzał się po twarzach. Po tych wszystkich uśmiechach, które nagle zgasły. Po spojrzeniach, które uciekły.

W końcu powiedział ciszej:

— Nie masz dowodów.

— Mam — odpowiedziałam. — I jeśli jeszcze raz upokorzysz moje dziecko, pójdę z tym tam, gdzie trzeba.

Mama wstała powoli. Jakby pierwszy raz w życiu.

— Wystarczy, Janek — powiedziała drżącym głosem. — Wystarczy.

Ojciec patrzył na nią, jakby nie rozumiał, że ona też ma głos.

Wyszłam do pokoju Kuby. Siedział na łóżku, trzymał kamień w dłoniach.

— Mamo… dziadek mnie nie lubi? — zapytał.

Usiadłam obok.

— Dziadek ma problem z sobą, nie z tobą — powiedziałam. — Ty zasługujesz na prawdziwe prezenty. I na ludzi, którzy nie śmieją się z twoich łez.

Kuba wytarł nos rękawem.

— To czemu wszyscy się śmiali?

Nie odpowiedziałam od razu. Bo prawda była prosta i straszna.

— Bo czasem dorośli boją się sprzeciwić temu, kto krzyczy najgłośniej — powiedziałam w końcu.

Wieczorem, kiedy goście wychodzili, niektórzy omijali mnie wzrokiem. Inni ściskali mi dłoń za mocno, jakby chcieli przeprosić, ale bez słów.

Ojciec siedział sam przy stole. Kamień został na talerzyku, obok okruszków tortu.

A ja pierwszy raz poczułam, że nie muszę już być „grzeczna”.

Bo ile jeszcze pokoleń ma płakać, zanim ktoś powie: dość?

A wy… postawilibyście prawdę ponad „świętym spokojem”, gdyby chodziło o wasze dziecko?