Na początku naszej relacji jasno powiedział: nie zamierzam angażować się w obowiązki domowe. Moja walka o szacunek i własne życie
Wrzuciłam klucze na kuchenny blat z takim impetem, że aż podskoczyła szklanka z niedopitą herbatą. – Znowu wszystko na mojej głowie! – krzyknęłam do pustego mieszkania, choć wiedziałam, że Michał i tak nie usłyszy. Był w salonie, zapatrzony w telewizor, z nogami wyciągniętymi na stole. W tle leciały wiadomości, a ja czułam, jak narasta we mnie fala bezsilności.
– Michał, możesz chociaż raz wywiesić pranie? – zapytałam, próbując opanować drżenie głosu.
– Przecież mówiłem ci od początku, że nie będę się w to bawił – odparł bez odrywania wzroku od ekranu. – Ty ogarniasz dom, ja zarabiam. Tak się umawialiśmy.
Pamiętam ten wieczór sprzed lat, kiedy siedzieliśmy na ławce pod blokiem na warszawskim Ursynowie. Michał spojrzał mi wtedy prosto w oczy i powiedział: „Nie licz na to, że będę ci pomagał w domu. Ja pracuję, ty zajmujesz się resztą.” Byłam zakochana po uszy, a jego pewność siebie wydawała mi się wtedy nawet pociągająca. Wydawało mi się, że dam radę. Że to tylko słowa.
Minęło dziesięć lat. Pracuję jako nauczycielka w podstawówce na Mokotowie. Po pracy biegnę do domu, robię zakupy, gotuję obiad, sprzątam, pomagam dzieciom w lekcjach. Michał wraca później ode mnie, rzuca torbę w kąt i siada do komputera albo telewizora. Czasem nawet nie zauważa, że dzieci już śpią.
Najgorsze są weekendy. Wtedy czuję się jak służąca we własnym domu. Michał potrafi przesiedzieć pół dnia w dresie, przeglądając TikToka albo grając na konsoli. Ja w tym czasie myję okna, prasuję koszule, piekę ciasto dla dzieciaków. Córka Zosia ma dziewięć lat i coraz częściej pyta: – Mamo, dlaczego tata nigdy nie pomaga?
Nie wiem, co jej odpowiadać. – Tata jest zmęczony – mówię czasem przez zaciśnięte zęby. Ale ona już wie swoje.
Moja mama powtarzała mi zawsze: „Małżeństwo to kompromis.” Ale czy kompromisem jest życie w ciągłym poczuciu niesprawiedliwości? Czy kompromisem jest samotność przy kimś, kto powinien być najbliższy?
Najbardziej boli mnie to, jak Michał potrafi mnie zbywać przy innych. Kiedyś podczas rodzinnego obiadu u mojej siostry Magdy rzucił: – Dajcie spokój z tym równouprawnieniem! U nas wszystko działa jak w zegarku: ja zarabiam, Anka ogarnia dom. Po co zmieniać coś, co działa?
Wszyscy się zaśmiali. Tylko Magda spojrzała na mnie ze współczuciem.
– Anka, nie daj sobą pomiatać – szepnęła mi później w kuchni. – On cię nigdy nie doceni.
Ale ja ciągle miałam nadzieję. Może jak urodzi się drugie dziecko… Może jak Michał dostanie awans… Może jak dzieci podrosną…
Nic się nie zmieniało. Wręcz przeciwnie – było coraz gorzej.
Pamiętam noc, kiedy Zosia miała wysoką gorączkę. Michał spał twardo obok mnie, a ja biegałam między kuchnią a łazienką z termometrem i zimnymi okładami. Nad ranem padłam ze zmęczenia na kanapę. Michał tylko mruknął: – Przecież jesteś matką, to twoja rola.
Wtedy coś we mnie pękło.
Zaczęłam rozmawiać o tym z koleżankami z pracy. Kasia opowiadała o swoim mężu: – U nas to normalne, że dzielimy się wszystkim po równo. On gotuje lepiej ode mnie! Nawet dzieci same sprzątają po sobie.
Słuchałam tego z niedowierzaniem i zazdrością.
W domu próbowałam rozmawiać z Michałem coraz częściej.
– Michał, ja też pracuję! Też jestem zmęczona! Potrzebuję wsparcia!
– Przesadzasz – odpowiadał obojętnie. – Inne kobiety mają gorzej.
Zaczęłam czuć się niewidzialna. Jakby moje potrzeby nie miały znaczenia.
Kiedyś pojechałam z dziećmi do mojej mamy do Radomia na weekend. Chciałam odpocząć od wszystkiego. Mama patrzyła na mnie uważnie:
– Aniu… Ty jesteś cieniem samej siebie. Co się dzieje?
Rozpłakałam się wtedy pierwszy raz od lat.
– Mamo… Ja już nie daję rady…
Mama przytuliła mnie mocno.
– Nie pozwól się zniszczyć przez cudze lenistwo i egoizm. Masz prawo do szczęścia.
Po powrocie do Warszawy postanowiłam postawić sprawę jasno.
Wieczorem usiadłam naprzeciwko Michała przy kuchennym stole.
– Musimy porozmawiać – zaczęłam stanowczo.
– O czym znowu? – westchnął ciężko.
– O nas. O tym, że nie chcę już dłużej być sama ze wszystkim. Albo zaczynasz mi pomagać i traktujesz mnie jak partnerkę, albo…
– Albo co? – przerwał mi z irytacją.
– Albo będziemy musieli przemyśleć nasze małżeństwo na nowo.
Michał spojrzał na mnie jak na wariatkę.
– Przecież wiedziałaś od początku, jaki jestem! To ty się zmieniłaś!
– Tak – odpowiedziałam cicho. – Bo dorosłam i wiem już, czego chcę od życia.
Przez kilka dni panowała między nami lodowata cisza. Michał chodził obrażony, dzieci wyczuwały napięcie i były niespokojne.
W końcu przyszła Magda z mężem i zaproponowała spacer nad Wisłą. Rozmawialiśmy długo o życiu, o tym, co ważne. Magda powiedziała mi wtedy:
– Anka, jeśli sama siebie nie postawisz na pierwszym miejscu, nikt tego za ciebie nie zrobi.
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o tym wszystkim: o moich marzeniach z młodości, o tym, jak bardzo chciałam być kochana i doceniana…
Następnego dnia zadzwoniłam do psycholożki poleconej przez koleżankę z pracy.
Pierwsza wizyta była trudna. Pani Marta słuchała mnie uważnie przez godzinę.
– Pani Aniu… Proszę sobie odpowiedzieć szczerze: czy chce pani tak żyć przez kolejne dziesięć lat?
Nie umiałam odpowiedzieć od razu.
Zaczęłam powoli odzyskiwać siły i pewność siebie. Zaczęłam stawiać granice: nie robiłam wszystkiego sama, prosiłam dzieci o pomoc przy drobnych rzeczach, a kiedy Michał czegoś ode mnie oczekiwał – mówiłam „nie”.
Michał był coraz bardziej sfrustrowany.
– Co ty wyprawiasz? Chcesz rozwalić rodzinę?
– Chcę być szczęśliwa – odpowiedziałam spokojnie.
Dziś wiem jedno: mam prawo do szacunku i wsparcia. Mam prawo być partnerką, a nie służącą we własnym domu.
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy odważę się zawalczyć o siebie do końca? Czy znajdę w sobie siłę na zmianę?
A wy? Czy kiedykolwiek czuliście się niewidzialni w swoim domu? Czy warto walczyć o siebie nawet wtedy, gdy wszyscy wokół mówią „tak już jest”?