W deszczu trzymałam syna na rękach, a mój pies wgryzał się w rękaw listonosza — i wtedy z klatki schodowej dobiegł krzyk policji
Wcisnęłam plecy w zimne drzwi mieszkania, a Figa skakała jak opętana i szarpała mi rękaw zębami, jakby chciała mnie cofnąć do środka. Na wycieraczce była świeża smuga krwi, rozmazana deszczową wodą wniesioną z klatki. Z dołu niósł się tupot i męski głos: „Policja, proszę otworzyć!”. Figa warczała nisko, a ja nagle nie wiedziałam, czy mam ją złapać, czy uciekać.
Mieszkam w Łodzi, na Retkini, w bloku z wielkiej płyty, gdzie windy wiecznie pachną moczem i mokrą kurtką. Tamtej jesieni wszystko pachniało wilgocią. W mieszkaniu też. Zostawiałam pranie na suszarce, bo nie miałam siły rozwieszać go w łazience. Po rozwodzie przestałam ogarniać rzeczy, które kiedyś robiłam automatycznie. Nie było wielkiej tragedii w jednym momencie. Było powolne zapadanie się w siebie.
Figa przyszła do mnie z przypadku. Tydzień wcześniej wracałam z nocnej zmiany w aptece, o piątej rano, kiedy miasto jest szare jak popiół. Stała przy śmietnikach, koło altanki, z jedną łapą podkuloną. Nie była rasowa. Mała, szorstkowłosa, czarno-biała, z jednym uchem postawionym, a drugim jakby wciąż wahanie. Miała na szyi kawałek sznurka, wżarty w sierść. Pachniała kwaśno, jak stary koc i mokry karton.
Powinnam była przejść obok. Miałam w głowie czynsz, ratę za pralkę i alimenty, które mój były mąż płacił jak łaskę. Miałam też depresję, której długo nie nazywałam. Mówiłam: „zmęczenie”, „zjazd po zmianie”, „taki okres”. A jednak uklękłam. Figa nie uciekła. Dotknęłam jej karku. Był ciepły i drżał. Poczułam pod palcami twarde żebra.
Pierwsza nieodwracalna decyzja zapadła wtedy, na mokrym betonie: zabrałam ją do domu.
W windzie trzymałam ją przy piersi, jak dziecko. Czułam jej szybki oddech na mojej szyi. Kiedy w końcu zamknęłam za nami drzwi, Figa obwąchała kuchnię i usiadła pod stołem. Zostawiła na panelach ślady błota. Pomyślałam: „Nie mam na to siły”. Zaraz potem usłyszałam, jak cicho popiskuje, kiedy próbowała się położyć na obolałej łapie. I coś we mnie pękło, ale nie było to wzruszenie. Bardziej złość, że znowu ktoś ode mnie czegoś chce.
Następnego dnia zadzwoniłam do najbliższego weterynarza. Usłyszałam cenę wizyty i RTG. W gardle zrobiło mi się sucho. Z NFZ nikt nie leczy psów. A ja miałam do pierwszego jeszcze dziesięć dni.
Mogłam ją oddać do schroniska na Marmurowej. Wystarczyłby jeden telefon. Stałam z tym telefonem w ręku i patrzyłam, jak Figa liże łapę. Jej język szurał o sierść, a w mieszkaniu unosił się zapach karmy, którą kupiłam najtańszą, i mój własny zapach, jakby stęchły od niewietrzonej pościeli.
Druga nieodwracalna decyzja: nie oddam jej.
Zaciągnęłam pożyczkę w aplikacji, taką wstydliwą, na 30 dni. W gabinecie weterynaryjnym Figa trzęsła się na metalowym stole. Pogłaskałam ją po grzbiecie. Jej sierść była szorstka, jak druciana szczotka. Weterynarz, pan Marek, powiedział, że ma pęknięcie kości i stare zaniedbania. Dostała leki i zalecenie spokoju. Spojrzał na mnie uważnie, jakby sprawdzał, czy dam radę.
Nie dawałam.
Moja rutyna po rozwodzie była jak zamknięty krąg: praca, łóżko, serial, sen. Po Fiedze wszystko się rozszczelniło. Trzeba było wychodzić. Rano, w południe, wieczorem. Nawet gdy padało i wiatr wciskał deszcz pod kaptur. Nawet gdy chodniki były posypane piaskiem, który chrzęścił pod butami. W listopadzie na osiedlu pachniało dymem z kominów działek, choć to miasto. Ten słodkawy, gryzący zapach wchodził w włosy.
Na początku czułam tylko obowiązek. Złość, że muszę. Że nie mogę po prostu zniknąć pod kołdrą.
Ale Figa robiła coś dziwnego. Kiedy miałam gorszy dzień i stałam przy oknie bez ruchu, ona podchodziła i wciskała mi nos w dłoń. Jej nos był mokry i chłodny. Potem siadała i patrzyła, aż się poruszę. W nocy kładła się przy moich stopach. Czułam przez kołdrę jej ciepło i spokojny rytm oddechu. Czasem jej serce biło szybko, kiedy na klatce ktoś trzasnął drzwiami. Wtedy ja też się budziłam.
Po miesiącu znałyśmy już pół osiedla. Nie ludzi, tylko zapachy. Zapach kebaba przy przystanku, zapach mokrego betonu, zapach psiej sierści na ławkach. I jednego dnia, na spacerze, spotkałam sąsiadkę z piętra niżej, panią Halinę. Stała z siatką z Biedronki i patrzyła na Figę.
„To ta, co się kręciła przy śmietnikach?” zapytała.
Skinęłam głową. Poczułam, jak wstyd podchodzi mi do policzków. Jakby ktoś widział, że jestem w środku pusta.
„Dobrze, że ją pani wzięła. Tu różne rzeczy się dzieją” powiedziała. I dodała ciszej: „Uważaj pani na tego z czwartego. Co wieczór znosi paczki, a potem awantury”.
Zignorowałam. Nie chciałam znowu nikomu ufać. Po rozwodzie ufałam tylko faktom: rachunkom, godzinom pracy, numerom kont.
Figa jednak nie ignorowała. Kiedy przechodziłyśmy koło drzwi z czwartego piętra, stawała jak wryta i wciągała powietrze. Jej ciało sztywniało. Warczała, jakby czuła coś, czego ja nie chciałam widzieć.
W grudniu przyszły mrozy. Z klatki wiało lodem, bo ktoś ciągle zostawiał uchylone okno na półpiętrze. Palce marzły mi na smyczy. Figa chodziła szybciej, ale co kilka kroków odwracała łeb, sprawdzając, czy idę.
I wtedy wydarzyła się ta noc z policją.
Wróciłam późno. W aptece były kolejki, bo wszyscy nagle chorowali, a ja byłam sama na zmianie. Zmęczenie miało smak metaliczny, jakbym gryzła monetę. Wchodziłam na klatkę, kiedy Figa nagle wyrwała do przodu. Zanim zdążyłam ją ściągnąć, zatrzymała się przy skrzynkach i zaczęła szczekać na coś, czego nie widziałam. Wtedy zobaczyłam krople krwi na posadzce. Świeże. I usłyszałam stłumione jęknięcie zza drzwi od piwnicy.
Serce mi stanęło. Chciałam zawrócić. Zrobić to, co zawsze: udawać, że mnie to nie dotyczy.
Figa jednak pociągnęła mnie do tych drzwi. Drapała w nie pazurami. Wąchała szczelinę. Jej oddech był urywany, gorący. Poczułam jej napięte mięśnie pod dłonią, kiedy próbowałam ją uspokoić.
Otworzyłam.
W środku leżał chłopak, może dwadzieścia lat. Twarz miał spuchniętą, ręce skrępowane taśmą. Pachniało tam starym kurzem, wilgotnym tynkiem i czymś ostrym, jak rozlana benzyna. Ktoś go tu zostawił. Jego oczy były szeroko otwarte, ale ledwo przytomne.
Trzecia nieodwracalna decyzja: zadzwoniłam na 112.
Gdy dyspozytorka zadawała pytania, ręce trzęsły mi się tak, że telefon prawie wypadł. Figa stała przy chłopaku i nie szczekała już. Tylko oddychała ciężko, jakby pilnowała, żeby nie zasnął.
Policja przyjechała szybko. I wtedy wracamy do początku: ja przy drzwiach, Figa gryzie mój rękaw, krew na wycieraczce, głos „Policja, proszę otworzyć!”. Bałam się, że ktoś z czwartego widział, jak wynoszę chłopaka. Bałam się odwetu. Bałam się, że teraz będę musiała zeznawać, a ja ledwo radziłam sobie z własnym życiem.
Policjantka, młoda, o zmęczonych oczach, zapytała, czy mogę opisać, co widziałam. Mówiłam mechanicznie. W środku krzyczałam, żeby mnie zostawili.
Następnego dnia wezwali mnie na komisariat. Musiałam wziąć wolne. Kierowniczka w aptece zrobiła minę, jakby to był mój kaprys. „Znowu coś?” rzuciła. A ja poczułam narastającą wściekłość. Nie na nią. Na siebie, że zawsze się tłumaczę.
Figa nie chciała jeść. Chodziła od drzwi do okna. Kiedy wyszłam bez niej, skomlała. Nagle dotarło do mnie, że ona też się boi. Że to nie jest tylko mój film.
Wieczorem zapukała pani Halina. Przyniosła mi rosół w słoiku. Pachniał marchewką i pieprzem. Zrobiło mi się głupio, bo w lodówce miałam tylko margarynę i światło.
„Słyszałam, że policja była. Dobrze, że pani zareagowała” powiedziała. „Wie pani… ja kiedyś też nie zareagowałam. Do dziś mi siedzi”.
Nie odpowiedziałam od razu. Usiadłam na krześle, a Figa położyła łeb na moim kolanie. Poczułam ciężar jej głowy i ciepło przez materiał spodni. To był dotyk, który mnie uziemił.
Kilka dni później przyszło pismo. Miałam się stawić jako świadek. Zaczęły się plotki na klatce. Ktoś napisał markerem na tablicy ogłoszeń: „KAPUŚ”. Zobaczyłam to rano, kiedy wychodziłam z Figą. Mróz szczypał w policzki, a w brzuchu miałam lodowaty kamień.
Wtedy Figa zrobiła coś, co mnie przeraziło. Zamiast iść do parku, zatrzymała się pod schodami i nie chciała ruszyć. Dyszała. Jej brzuch pracował szybko. Dotknęłam jej boków. Były napięte. Spojrzała na mnie jakby błagała.
Nie wiedziałam, czy to stres, czy choroba. Znowu weterynarz, koszty, dojazd. Tramwaje wtedy miały awarie, a ja nie miałam auta. Wzięłam ją na ręce. Była cięższa, niż myślałam. Czułam, jak jej ciało drży. Zawinęłam ją w koc i pojechałam z nią Uberem, choć to był dla mnie luksus.
Pan Marek powiedział: zapalenie żołądka, stres, możliwe zatrucie. Kazał obserwować i dał kroplówkę. Patrzyłam, jak igła wchodzi w jej łapę, a ona tylko patrzy na mnie i oddycha płytko. Wtedy poczułam czysty strach, że ją stracę. Nie symbolicznie. Naprawdę.
W domu siedziałam na podłodze obok jej legowiska. W mieszkaniu unosił się zapach środków dezynfekcyjnych i mokrej sierści. Figa była słaba, ale kiedy położyłam dłoń na jej klatce, poczułam ciepło i miarowe bicie serca. To mnie rozkleiło bardziej niż rozwód.
Następnego dnia zadzwoniłam do poradni zdrowia psychicznego. NFZ. Termin za trzy miesiące. Prawie się roześmiałam. A potem płakałam w kuchni, oparta o lodówkę.
Czwarta decyzja, też nieodwracalna: poszłam prywatnie, choć mnie nie było stać.
Pierwsza wizyta u terapeutki była jak wyciąganie drzazg z ciała. Bolało. Mówiłam o tym, jak po rozwodzie przestałam wierzyć, że ktoś może nie skrzywdzić. Mówiłam o tym, jak bałam się, że jeśli się przywiążę, to znowu zostanę sama. I że Figa jest moją słabością.
W międzyczasie sprawa z komisariatu ruszyła. Okazało się, że chłopak był kurierem, a w bloku działała grupa, która okradała paczki. Ten z czwartego i jeszcze dwóch. Kiedy przyszło do konfrontacji, nogi miałam jak z waty. Ale Figa była wtedy ze mną w domu, czekała. To głupie, ale myślałam o tym, że muszę wrócić do niej.
Relacja z panią Haliną zmieniła się powoli. Zaczęłyśmy się mijać nie tylko na „dzień dobry”. Raz zostawiła mi pod drzwiami worek ziemniaków, bo miała działkę. Ja jej pomogłam znieść zakupy, gdy bolało ją biodro. Figa merdała ogonem, kiedy Halina mówiła do niej „moja mądra”. To było pierwsze ludzkie ciepło, jakie przyjęłam po rozwodzie bez podejrzeń.
Nie było happy endu jak w filmie. Nikt mi nie oddał pieniędzy za weterynarza. Pożyczka bolała odsetkami. W aptece dalej bywało ciężko. Czasem nadal mam dni, kiedy leżę i patrzę w sufit. I czasem mam żal do Figii, że mnie „zmusza” do życia.
Ale teraz, kiedy pada deszcz i klatka pachnie mokrym tynkiem, zakładam kurtkę i idę. Czuję na dłoni szarpnięcie smyczy i ciepło jej ciała, gdy ociera się o moją nogę. Wiem, że nie jestem już tylko kimś, kto przetrwa do następnej wypłaty. Jestem kimś, kto odpowiada.
I ciągle się zastanawiam: czy lojalność wobec psa jest łatwiejsza, bo nie mówi, czy dlatego jest trudniejsza, bo nie ma jak się wytłumaczyć, kiedy zawiedziesz? Jak wy byście wybrali, gdyby to od waszej reakcji zależało czyjeś życie — a wy nie mielibyście już siły ufać nikomu?