70 lat za ladą: Jak praca w sklepie żelaznym odebrała mi rodzinę i marzenia

— Tato, czy ty naprawdę musisz tam jeszcze iść? — głos mojej córki, Magdy, drżał od złości i bezsilności. Stała w progu kuchni, z kubkiem zimnej już kawy, a ja jak co rano zakładałem wyświechtaną marynarkę i szykowałem się do wyjścia.

Miałem wtedy 88 lat i przez 70 z nich dzień w dzień otwierałem sklep żelazny na rogu Ząbkowskiej i Targowej. Znałem każdą śrubkę, każdy gwóźdź, każdą twarz klienta. Byłem „Panem Stasiem od żelaznego”, filarem tej dzielnicy. Ale dziś, kiedy po raz ostatni przekręcałem klucz w zamku, czułem się bardziej jak cień niż bohater.

Wszystko zaczęło się w 1954 roku. Miałem wtedy 18 lat i marzyłem o studiach na politechnice. Ojciec zachorował, a sklep — nasz rodzinny interes — nie mógł zostać bez opieki. „Stasiek, musisz pomóc rodzinie” — powtarzała mama, a ja, choć serce rwało się do nauki, zacisnąłem zęby i zostałem za ladą. Myślałem: „Na chwilę”. Ta chwila trwała siedem dekad.

Przez te lata sklep był moim drugim domem. Z czasem stał się pierwszym. Magda dorastała praktycznie bez ojca — zawsze byłem „jeszcze tylko godzinkę”, „zaraz wrócę”, „muszę zamówić towar”. Żona, Halina, próbowała mnie zatrzymać. „Stasiek, dzieci cię potrzebują! Ja cię potrzebuję!” — krzyczała kiedyś podczas kłótni, której echa słyszę do dziś. Ale sklep był moją odpowiedzialnością. Moim krzyżem.

Ludzie mówili: „Pan Stasiek to złoty człowiek! Zawsze pomoże, doradzi”. Przychodzili po gwoździe i śrubki, a wychodzili z opowieściami o życiu. Byłem powiernikiem ich sekretów, świadkiem radości i tragedii. Pamiętam panią Jadzię, która płakała u mnie po śmierci męża; pana Zbyszka, który przynosił mi domowe nalewki na święta; dzieciaki z podwórka, które przychodziły po pierwsze narzędzia do budowy szałasów.

A jednak z każdym rokiem coraz bardziej czułem się pusty. Sklep dawał mi sens, ale zabierał wszystko inne. Magda wyrosła na piękną kobietę — silną, niezależną — ale nasze relacje były chłodne. „Tato, ty zawsze wybierasz sklep” — rzuciła mi kiedyś w twarz. Bolało bardziej niż reumatyzm w kolanach.

Kiedy Halina zachorowała na raka, byłem przy niej… ale tylko ciałem. Myślami byłem przy zamówieniach, fakturach, klientach. Umarła w ciszy naszego mieszkania, a ja nawet nie pamiętam ostatnich słów, które do mnie powiedziała. Do dziś nie mogę sobie tego wybaczyć.

Dziś przyszedł dzień emerytury. Koledzy zrobili mi pożegnanie — łzy w oczach klientów, kwiaty od sąsiadów, przemowa burmistrza. Magda przyszła z wnuczką, ale jej uścisk był sztywny. Wszyscy mówili o moim poświęceniu dla społeczności. Nikt nie zapytał o cenę.

Wieczorem usiadłem sam przy kuchennym stole. W radiu leciała stara piosenka Niemena. Spojrzałem na zdjęcie Haliny i Magdy sprzed lat. Poczułem ciężar tych wszystkich niewypowiedzianych słów.

Telefon zadzwonił — to była Magda.
— Tato… może jutro przyjdziesz do nas na obiad? — zapytała cicho.
Przez chwilę nie mogłem wydusić słowa.
— Chciałbym… bardzo bym chciał — odpowiedziałem drżącym głosem.

Odkładam słuchawkę i myślę: Czy naprawdę warto było poświęcić wszystko dla pracy? Czy można jeszcze naprawić to, co zostało zaniedbane przez lata? Może nigdy nie jest za późno…

A wy? Czy potrafilibyście wybaczyć komuś takiemu jak ja? Czy praca może być ważniejsza od rodziny?