Do wszystkich cichych babć… czas podnieść głos. Historia Marii Nowak.
– Mamo, podpisz tu, to tylko formalność – głos Piotra był zimny, nieznoszący sprzeciwu. Stał nade mną z długopisem, a ja, siedząc przy kuchennym stole, czułam się jak dziecko, które nie rozumie, co się wokół niego dzieje.
– Ale co to jest? – zapytałam cicho, próbując nie patrzeć na Martę, moją synową, która już od dawna traktowała mnie jak powietrze.
– Przecież tłumaczyłem – westchnął Piotr. – Po śmierci taty wszystko się skomplikowało. Musimy uporządkować sprawy majątkowe. Ty się na tym nie znasz, a ja chcę ci pomóc. – Uśmiechnął się, ale w jego oczach nie było ciepła.
Podpisałam. Bo ufałam. Bo byłam zmęczona. Bo od pogrzebu Staszka minęły dopiero trzy miesiące, a ja wciąż budziłam się w nocy, szukając jego dłoni.
Nie wiedziałam wtedy, że właśnie oddaję Piotrowi wszystko – dom, oszczędności, nawet prawo do własnego głosu. „Dla twojego dobra, mamo” – powtarzał, kiedy zaczęłam pytać, dlaczego nie mogę już korzystać z konta, dlaczego muszę prosić o pieniądze na lekarstwa, dlaczego Marta patrzy na mnie z pogardą, kiedy proszę o nową sukienkę na niedzielę.
– Przesadzasz, mamo – mówił Piotr, kiedy próbowałam się skarżyć. – Przecież masz dach nad głową, gotujesz dla nas, bawisz się z wnukami. Czego ci jeszcze brakuje?
Czego mi brakowało? Siebie. Godności. Poczucia, że jeszcze coś znaczę. Że nie jestem tylko starą babą do zupy i prasowania koszul.
Z czasem przestałam pytać. Przestałam mówić. Stałam się cicha, przezroczysta. Nawet wnuki, kiedyś tak bliskie, coraz częściej zamykały drzwi swojego pokoju, zajęte telefonami i komputerami. Marta przestała się do mnie odzywać, chyba że czegoś potrzebowała. Piotr wracał późno, rzucał krótkie „dobranoc” i znikał w swoim świecie.
Wiedziałam, że coś jest nie tak, ale nie miałam siły walczyć. Bałam się, że jeśli się postawię, wyrzucą mnie na bruk. Przecież dom już nie był mój. Nie miałam dokąd pójść. Moje siostry nie żyły, przyjaciółki rozjechały się po świecie albo leżały na cmentarzu.
Pewnej nocy, kiedy nie mogłam zasnąć, usłyszałam, jak Piotr i Marta kłócą się w kuchni. – Ile jeszcze będziemy ją utrzymywać? – syczała Marta. – Przecież mogłaby iść do domu opieki. Tam by się nią zajęli.
– Spokojnie, jeszcze trochę. Muszę uporządkować sprawy z mieszkaniem. Potem zobaczymy – odpowiedział Piotr.
Leżałam w łóżku, ściskając poduszkę, i płakałam bezgłośnie. Czy naprawdę byłam już tylko ciężarem?
Następnego dnia zadzwoniła do mnie Basia, sąsiadka z dawnego bloku. – Marysiu, słyszałam, że nie jest ci lekko. Moja kuzynka jest prawniczką, może byś z nią pogadała? – zaproponowała.
– Ale ja nie mam pieniędzy na adwokata – szepnęłam.
– Ona cię wysłucha, nie martw się. Czasem trzeba po prostu powiedzieć głośno, co się dzieje – przekonywała Basia.
Przez kilka dni wahałam się, ale w końcu zadzwoniłam. Pani mecenas Anna Zielińska przyjęła mnie w swojej kancelarii na Starym Mieście. Byłam przerażona, ale jej ciepły uśmiech dodał mi otuchy.
– Proszę mi wszystko opowiedzieć – poprosiła, nalewając mi herbaty.
Opowiedziałam. O śmierci Staszka, o podpisanych papierach, o tym, jak Piotr przejął wszystko, jak Marta coraz częściej sugeruje, że powinnam się wyprowadzić. O tym, że nie mam pieniędzy nawet na lekarstwa, że czuję się jak służąca we własnej rodzinie.
Anna słuchała uważnie, robiła notatki. – To, co pani opisuje, to nie tylko brak szacunku. To może być przestępstwo. W Polsce coraz częściej dochodzi do przemocy ekonomicznej wobec starszych osób. Ale są na to sposoby. Może pani walczyć o swoje prawa.
– Ale jak? Przecież nie mam nic. Nawet mieszkanie już nie jest moje – wyszeptałam.
– Zaczniemy od sprawdzenia, co dokładnie pani podpisała. Może da się unieważnić te dokumenty. A nawet jeśli nie, może pani domagać się alimentów od syna, jeśli nie jest pani w stanie się utrzymać. Proszę się nie bać. Nie jest pani sama.
Po tej rozmowie pierwszy raz od miesięcy poczułam, że mam w sobie jeszcze trochę siły. Że może nie jestem tylko cieniem.
Zaczęły się tygodnie pełne nerwów. Anna pomogła mi zdobyć kopie dokumentów, złożyłyśmy wniosek do sądu. Piotr dowiedział się o wszystkim, kiedy dostał wezwanie na przesłuchanie.
– Co ty wyprawiasz, mamo?! – wrzasnął, wpadając do mojego pokoju. – Chcesz nas zrujnować? Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem?
– Chcę tylko odzyskać swoje życie – odpowiedziałam, choć głos mi drżał.
– Jesteś niewdzięczna! – krzyczał. – Marta miała rację, powinnaś iść do domu starców!
– To nie jest twoja decyzja – powiedziałam cicho, ale stanowczo.
Przez kolejne tygodnie atmosfera w domu była nie do zniesienia. Marta przestała się do mnie odzywać zupełnie. Wnuki patrzyły na mnie z niepokojem, jakby nie rozumiały, co się dzieje. Piotr unikał mnie, zamykał się w swoim gabinecie.
W sądzie Anna walczyła jak lwica. Okazało się, że dokumenty, które podpisałam, były niejasne, a Piotr wykorzystał moją niewiedzę i żałobę. Sędzia przyznał mi prawo do części majątku i nakazał Piotrowi płacić mi alimenty. Mogłam wreszcie wynająć małe mieszkanie na obrzeżach miasta.
Przeprowadzka była trudna. Płakałam, pakując stare zdjęcia, książki, kilka sukienek. Ale kiedy zamknęłam za sobą drzwi nowego mieszkania, poczułam ulgę. Byłam sama, ale wolna.
Pierwsze tygodnie były ciężkie. Tęskniłam za wnukami, za hałasem domu, nawet za Martą. Ale z czasem zaczęłam oddychać pełną piersią. Poznałam sąsiadki, zaczęłam chodzić na spacery, do biblioteki, na spotkania w klubie seniora. Znowu zaczęłam się śmiać.
Piotr długo się nie odzywał. W końcu przyszedł, z opuszczoną głową. – Przepraszam, mamo. Nie rozumiałem, jak bardzo cię skrzywdziłem. Myślałem, że robię dobrze.
– Każdy z nas popełnia błędy – odpowiedziałam. – Ale nie pozwolę już nikomu decydować za mnie.
Wnuki zaczęły mnie odwiedzać. Najstarsza, Zosia, przytuliła się do mnie i szepnęła: – Babciu, tęskniłam za tobą. W domu jest smutno bez ciebie.
– Ja też za wami tęskniłam – odpowiedziałam, czując łzy w oczach.
Dziś wiem, że warto było się odezwać. Że nawet jeśli głos drży, trzeba mówić. Bo milczenie zabija powoli, po kawałku. A życie jest tylko jedno.
Czy któraś z was też czuje się czasem niewidzialna? Czy warto milczeć dla świętego spokoju, czy lepiej zawalczyć o siebie – nawet jeśli to boli?