„Mamo, Ty się bawisz, a my tonę w długach!” – O tym, jak emerytura stała się polem bitwy rodzinnej

– Mamo, Ty się bawisz, a my tonę w długach! – te słowa mojej córki, Magdy, rozbrzmiewają mi w głowie jak echo, które nie chce ucichnąć. Stałam wtedy przy kuchennym blacie, kroiłam truskawki do ciasta, a przez otwarte okno wpadało czerwcowe słońce. Byłam szczęśliwa – po raz pierwszy od lat czułam się wolna. Henryk właśnie wrócił z zakupów, śmiał się, opowiadał o jakimś starszym panu w kolejce do kasy. I wtedy zadzwonił telefon.

– Mamo, nie wiem już, co robić – usłyszałam w słuchawce głos Magdy. Była roztrzęsiona. – Kredyt na mieszkanie nas dobija. Michał stracił pracę, a Ty… Ty wrzucasz zdjęcia z Mazur, jakby nic się nie działo! Czy Ty w ogóle rozumiesz, jak nam ciężko?

Zamarłam. Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Przecież całe życie oszczędzaliśmy z Henrykiem na tę emeryturę. Odkładaliśmy każdy grosz, rezygnowaliśmy z wyjazdów, nowych mebli, nawet z kina. Wszystko po to, żeby kiedyś móc żyć spokojnie. A teraz…

– Magda, kochanie… – zaczęłam niepewnie. – Przecież zawsze Wam pomagaliśmy. Pamiętasz, jak pożyczyliśmy Wam na wkład własny? I na samochód?

– Ale teraz już nie mamy do kogo się zwrócić! – przerwała mi gwałtownie. – A Wy… Wy żyjecie jakby nigdy nic! Nie rozumiesz? Ja nie śpię po nocach ze strachu przed komornikiem!

Henryk spojrzał na mnie pytająco. W jego oczach widziałam lęk i poczucie winy. Wiedziałam, że słyszał każde słowo.

Po tej rozmowie długo siedzieliśmy w milczeniu. Patrzyłam na nasze stare zdjęcia z czasów młodości – uśmiechnięci, pełni nadziei, trzymający się za ręce na tle szarego blokowiska na Ursynowie. Wtedy wszystko wydawało się prostsze. Rodzina była najważniejsza. Ale czy to znaczy, że mamy poświęcić wszystko?

Wieczorem Henryk zaproponował spacer nad Wisłą. Szliśmy powoli, mijając młodych ludzi na rowerach i starsze panie z psami.

– Nora… Może powinniśmy im pomóc? – powiedział cicho. – Przecież to nasza córka.

– Ale ile jeszcze? – odpowiedziałam z goryczą. – Ile razy mamy ratować ich z opresji? Przecież też mamy prawo do życia.

Wróciliśmy do domu w milczeniu. Całą noc przewracałam się z boku na bok. Przed oczami miałam twarz Magdy – zmęczoną, zapłakaną. Przypomniałam sobie jej dzieciństwo: jak płakała po upadku z roweru, jak tuliła się do mnie po koszmarze sennym. Zawsze ją chroniłam.

Następnego dnia Magda przyszła z Michałem i wnuczką Zosią. Atmosfera była gęsta jak śmietana.

– Mamo… Tato… – zaczęła Magda, spuszczając wzrok. – Przepraszam za wczoraj. Po prostu… jestem już u kresu sił.

Michał siedział obok niej sztywno, wyraźnie zawstydzony.

– Wiem, że nie powinniśmy ciągle prosić o pomoc – powiedział cicho. – Ale naprawdę nie mamy wyjścia.

Zosia bawiła się klockami pod stołem, nieświadoma napięcia unoszącego się w powietrzu.

– Kochani… – odezwał się Henryk łagodnie. – My Was kochamy i chcemy pomóc. Ale musimy też myśleć o sobie. To nie jest łatwe dla nikogo.

Magda spojrzała na mnie ze łzami w oczach.

– Mamo… Ja po prostu nie chcę czuć się gorsza od innych matek w przedszkolu Zosi. Każda ma nowe auto, jeździ na wakacje… A ja? Ciągle tylko martwię się o rachunki.

Poczułam ukłucie żalu i bezsilności. Chciałam ją przytulić, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Ale wiedziałam, że to nieprawda.

Wieczorem długo rozmawialiśmy z Henrykiem.

– Może sprzedamy działkę na Mazurach? – zaproponował nagle.

Zamarłam. Ta działka była naszym marzeniem od lat. Tam mieliśmy spędzać emeryturę, łowić ryby, czytać książki pod brzozami.

– A jeśli kiedyś sami będziemy potrzebować pieniędzy? – zapytałam cicho.

Henryk wzruszył ramionami.

– Może już nigdy nie będzie „naszego czasu”, Nora? Może zawsze będziemy musieli wybierać między sobą a nimi?

Przez kolejne dni czułam się jak zawieszona między dwoma światami: światem naszych marzeń i światem rodzinnych zobowiązań. Każdego dnia Magda dzwoniła coraz rzadziej. Czułam jej żal i rozczarowanie.

Pewnego popołudnia przyszła sąsiadka, pani Jadwiga.

– Nora, Ty się tak wszystkim przejmujesz… A Twoja córka? Ona kiedyś też będzie musiała nauczyć się radzić sobie sama.

Zastanowiłam się nad tym długo. Czy naprawdę pomagając Magdzie, nie odbieramy jej szansy na samodzielność? Czy nasze poświęcenie nie jest dla niej wygodnym wyjściem?

W końcu podjęliśmy decyzję: sprzedamy działkę i spłacimy część długów Magdy i Michała. Resztę będą musieli ogarnąć sami.

Kiedy powiedzieliśmy im o tym przy niedzielnym obiedzie, Magda rozpłakała się ze wzruszenia i ulgi.

– Dziękuję… Naprawdę…

Ale ja czułam pustkę. Wiedziałam, że coś się skończyło – nasze marzenia o spokojnej emeryturze musiały ustąpić miejsca rodzinnej solidarności.

Dziś patrzę przez okno na szare bloki Ursynowa i zastanawiam się: czy rodzic kiedykolwiek przestaje być odpowiedzialny za swoje dziecko? Czy mamy prawo do własnego szczęścia, gdy nasi bliscy cierpią? A może czasem trzeba pozwolić im upaść, żeby nauczyli się wstawać sami?